Zadania

Zadania, cele i wyzwania.

Posted on Posted in Historie biegowe, Miejskie bieganie, Nie po górach, Po górach

Po rocznej przerwie zapisuję się na Bieg na Kasprowy. I zaraz odkrywam, że po raz pierwszy będę startował w M4 – kategorii wiekowej 40 – 49 lat. A jeszcze niedawno byłem w połowie M3. Do M5 czas równie szybko zleci? Nim się obejrzę, będę w grupie Weteran? Jak to się stało, że pół dekady minęło jak chwila? Przecież od kilku lat robiłem wszystko, żeby nie marnować czasu. A może jednak nie?
Jest jesień 2013, gdy pierwszy raz słyszę o Biegu na Kasprowy. Właśnie wbiegłem z Kuźnic na górę. Czas mam średni. Prawie wyplułem płuca, pot zalewa mi plecy, nogi składają się w pół. Jest cudownie. Chcę jeszcze. Słyszę wtedy, że amatorów szybkiego pokonania tej trasy jest więcej. Raz w roku w październiku spotykają się w Zakopanem, by sobie udowadniać, że to świetna zabawa. Teraz jest już za późno na udział. Zapisy dawno zamknięte. Ale wiem, że w końcu pobiegnę. Udaje mi się dwa lata później. Jako 36-cio latek jestem mniej więcej w połowie kategorii M3, czyli Senior II. Mam już na koncie start w dwóch innych górskich imprezach. Właśnie na dobre wkręciłem się w bieganie po górach i czuję, że wreszcie zaczynam żyć na pełnym gazie. Jestem szybki i mocny, jak nigdy. Na tyle szybki i mocny, by próbować ścigać się z czasem. Biorę na siebie nowe zadania, pracuję za dwóch, podejmuję się coraz trudniejszych wyzwań, wciskam kolejne sportowe cele pomiędzy te zawodowe. Kalendarz puchnie.
Odhaczam punkty.
Zadanie:
Pobiegać o świcie po pustej plaży pod Castellon w Hiszpanii. Jestem w podróży służbowej i spałem trzy godziny. Ale pewnie nigdy tam nie wrócę, więc muszę to zrobić.
Zadanie, dzień później :
Przebiec się rankiem po ulicach Barcelony. Leje deszcz. Znów trzy godziny snu. Ale taka okazja może się nie powtórzyć, więc nie odpuszczam.
Zadanie:
Wbiec na Rysy na wschód słońca dzień po wejściu z kumplami na tę samą górę. Wstaję o 4.30, ale skoro nocuję w Morskim Oku i mogę się sprawdzić, to muszę spróbować.
Zadanie:
Pokonać wzdłuż całą Puszczę Kampinoską w jeden zimowy dzień. 60 kilometrów brzmi dobrze. Najwyższa pora to zrobić. W połowie drogi wysiada mi kolano, ale się nie poddaję. Cel trzeba osiągnąć.
Zadanie:
Przebiec przez wszystkie schroniska w Tatrach od rana do wieczora i w każdym zjeść ciasto. Zrealizować Projekt Szarlotka, jak dotąd najbardziej ambitny cel na liście.
Zadanie:
Przebiec w tydzień 100 kilometrów. Czyli codziennie średnio ponad czternaście. W połowie tygodnia znów boli kolano i ledwo biegam, ale dopinam swego.
Zadanie:
Podczas każdego dłuższego urlopu z rodziną co drugi dzień wstać o brzasku, by wbiec na pobliską górę i wrócić na śniadanie. Jeździć na urlop tam, gdzie są jakieś szczyty.
Zadanie codzienne:
Trening brzucha + ćwiczenia z „kettlami” domu, gdy wszyscy już śpią i najpilniejsze rzeczy z pracy ogarnięte. Uwaga – skończyć do drugiej w nocy, żeby zachować 5 godzin snu.

To wyzwania, które warto podejmować. I nie narzekać na zmęczenie, brak czasu, że praca, obowiązki i rodzina. Nie ma co wymiękać. Jak się wszystko dobrze zorganizuje, to się da. Dostaję się więc jeszcze do Polskiej Szkoły Reportażu. Będę uczył się pisać. Będę dużo czytał. Zajmie to mnóstwo czasu, ale trzeba sobie stawiać ambitne ceIe. Sprawnie odhaczać kolejne zadania.
A im zadanie trudniejsze, tym większa frajda, gdy się je wykona.
I trzeba się spieszyć, bo czas biegnie coraz szybciej. A życie jest za krótkie, żeby nie cisnąć.

Pędzę, odhaczam zadania i podejmuję wyzwania. Nie zwalniam. Jeszcze nie wiem, że dałem się nabrać. Że dałem się wciągnąć kulturze celów. A ta wmawia mi, że człowiek jest wart tyle, ile cele, jakie sobie stawia. Jeszcze nie widzę, że im więcej biorę na siebie, tym czas szybciej leci. Że zadania przyspieszają czas i wymiatają mi z pola widzenia wszystko inne. Że im więcej myślę o tym, co trzeba zrobić, jakie kolejne zadanie odhaczyć, w pracy, w domu, na liście sportowych osiągnięć, tym bardziej jestem nieobecny we własnym życiu. Czuję coraz większy niepokój i, by go zagłuszyć, jeszcze dokładam sobie celów. Jeszcze nie zdaję sobie sprawy, że moje poczucie własnej wartości zależy od ich sprawnego osiągania. I że jak tylko przestanę nadążać, zaczną się problemy. Nie wiem tego wszystkiego, bo nie mam czasu się zastanawiać.

Jestem maszyną do odhaczania zadań.

Ale każda maszyna może się zepsuć. Zwłaszcza, gdy wciąż pracuje na pełnych obrotach. W końcu awaria. Zmęczenie materiału. Zatarcie łożysk. Mechanizm się zacina. Konieczny jest serwis i zmiana software’u.
Główna naprawa trwa dwa tygodnie. Większe i mniejsze poprawki zajmują pół roku. Regulacja trwa do dziś. Wszystko po to, by zmienić działanie maszyny. Choć wokół wszystko jak wcześniej. Świat pędzi i oczekuje tego samego.

Ja, maszyna, zmienię wkrótce oznaczenie z M3 na M4. Teraz mam funkcjonować inaczej. Główne komendy nowego systemu:
#doświadczaj
#bądźtuiteraz
#zamieńcelnasens
#słuchajsiebie
#zrozumswójniepokój
#pamietajoswoichpotrzebach

Żeby tylko zadziałały.

Życie jest za krótkie, żeby cisnąć. Jak dobrze, że już to wiem.

Pora kończyć ten tekst. Dochodzi druga. Jeszcze tylko wyślę dwa mejle, dziesięć minut poćwiczę brzuch i będę mógł iść spać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *