wspomnienie

Wspomnienie

Posted on Posted in Nie o bieganiu

Nie pamiętam, czy padał tego wieczora deszcz. Tego wieczora nie miało to znaczenia. Pamiętam, że jechałem wtedy wolniej niż zwykle. Przez całą drogę usiłowałem znaleźć jakąś piosenkę, jakiś utwór, który odpowiadałby chwili i który pomógłby mi ją przeżyć. Ale nic mi nie pasowało, choć zawsze wożę w samochodzie całą stertę płyt, a kartę pamięci w telefonie wypełnioną mam muzyką. Twórczość Bonamassy wydała mi się zbyt efekciarska, utwory Dave Matthews Band za mało ponure, starania Rogera Watersa zupełnie nie pasujące. Szukałem dalej, ale ani najsmutniejsze piosenki Bukartyka, ani nawet „Feel so low” Porcupine Tree nie wydały mi się odpowiednie. Sięgnąłem wtedy po najcięższy kaliber, wielokrotnie sprawdzone w chwilach najgorszego nastroju „Comptine d’un autre été” Yanna Tiersenna. Ale i to nie zadziałało. Nie tym razem. Bo ten smutek był inny. Wcześniej mi nieznany. Obezwładniający. I taki przejmująco cichy. Tak, tylko cisza do niego pasowała. Gdybym wiedział, że jakiś rzewny kawałek Bajmu, albo chociaż któraś z ckliwych ballad zespołu Łzy czy innej Sylwii Grzeszczak zadziała, chwyciłbym się jej bez zastanowienia i katowałbym ją bez przerwy w odtwarzaczu. Wiedziałem jednak, że takie głupawe kawałki mogą mnie najwyżej wkurwić, więc nie podjąłem niepotrzebnego ryzyka. Zatrzymałem samochód, zgasiłem silnik. Nie pamiętam, czy krople deszczu uderzały o szyby. Być może. Nie pamiętam, czy płakałem. Chyba nie. Pamiętam, że nie chciałem wysiadać. Nie podobało mi się, że świat zdawał się w ogóle nie przejąć tym, co się dwie godziny temu stało. Że ani na moment nie raczył się zatrzymać. Dostałem wtedy smsa od żonki. “Dziewczyny chciałyby, żebyś już wrócił.” Początkowa złość, że ktoś mnie w takiej chwili popędza, zaraz ustąpiła miejsca uldze, że ten świat jednak biegnie nieustannie i na nic nie zważa. Bo nie pozwoli nikomu na wieczne zanurzenie w smutku . Myśląc o moich trzech dziewczynach, poczułem się szczęśliwy, choć nie przestałem rozpaczać. Taka mała sprzeczność, która wtedy bardzo mi odpowiadała. Wysiadłem wreszcie. Czekał już na mnie Łukasz. Miał za chwilę powiedzieć swoim córkom o śmierci ich mamy. A ja miałem zobaczyć, jak wygląda najprawdziwsza rozpacz. I zobaczyłem. Ale widziałem też, choć zabrzmi to zaskakująco, jak w tej rozpaczy wygląda najprawdziwsze szczęście. “Spokojnie, mamy jeszcze siebie. Damy sobie jakoś radę. Z tatą też da się fajnie żyć”. Wiedziałem, że przeżycia tego dnia zapiszą się w mojej pamięci na zawsze. I bardzo dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *