spotkanie-z-obcym

Spotkanie z obcym.

Posted on Posted in Nie o bieganiu, Nie po górach

– Przepraszam, widział Pan tego człowieka? Zna go Pan? – podszedł do mnie podejrzany typ, pokazując mi fotografię innego, równie podejrzanego typa. Jego brudne ręce, lekki brud za paznokciami i brudne ubranie kazały mi podejrzewać, że jest brudny. Bezdomny – pomyślałem. W pierwszym odruchu miałem chęć go spławić, wprost powiedzieć mu, by się ode mnie odczepił. Zareagować jak każdy porządny, czysty, ciężko pracujący człowiek i się tego brudasa jak najszybciej pozbyć. Wiadomo, co może zrobić? Może ma nóż, może mnie chcieć obrobić. Trzeba uważać. Kurwa, co jest ze mną? Nie znam faceta i już kładę na nim krzyżyk, tylko dlatego, że nie ma w domu łazienki. A właściwie nie ma też domu. Nawet jeśli jest bezdomny, to co? Mam go potraktować, jak śmiecia? To straszne, że w człowieku budzi się pogarda, jeśli tylko poczuje się lepszy od innego.

– Przykro mi, nie znam. Nie jestem stąd. Pierwszy raz tu jestem. – przełamałem się z trudem.

– A skąd Pan tu przybiegł? – z nieco bezczelną ciekawością zapytał nieznajomy.

– Skąd? Nooo, z puszczy. Z Kampinosu.

– Aaa to blisko. Wiele pan się nie nabiegał.

– A nie, z Warszawy przybiegłem, z Chomiczówki. Przez puszczę. – sprostowałem, żeby nie było wątpliwości, jaki szmat drogi pokonałem. Wieś Kampinos leży faktycznie bardzo blisko Leszna, gdzie obaj teraz byliśmy.

– Aha – typ przyjrzał mi się podejrzliwie. -Muszę znaleźć tego gościa, ukradł mi dwieście złotych, wszystkie pieniądze. Od rana tu się kręcę i już dużo o nim wiem. Wiem, że tu mieszka. W końcu go dorwę. Mógłby mnie pan poratować kilkoma złotymi? Głodny jestem.

– Przykro mi, nie brałem ze sobą pieniędzy. Mam tylko kartę płatniczą, ale pan chyba nie ma ze sobą terminala, hehe. – Kurna, ale żart, pomyślałem z autokrytyką. – Mam gorzką czekoladę, jeśli Pan chce.

– Czekoladą to się nie najem – odparł z wyrzutem nieznajomy.

– Niestety, nic innego nie mam. Zjadłem po drodze.

Sprawdziłem godzinę odjazdu autobusu. Z Leszna na warszawską Wolę, gdzie mogłem się przesiąść w autobus do domu, miałem jakąś godzinę jazdy. Nabrałem chęci napić się piwa. Usiadłem koło mojego nowego rozmówcy na przystankowej ławeczce.

– Nie chcę być bezczelny, ale tam jest bankomat. – kontynuował z uśmiechem mój towarzysz, wskazując pobliski budynek po drugiej stronie ulicy.

Przez chwilę wahałem się, jak zareagować na tę sugestię, jednak bezpośredniość tego człowieka w jakiś sposób mnie ujęła.

– Dobra, zrobimy tak. Wypłacę kasę, kupię sobie coś na drogę i resztą się podzielimy.

Nieznajomy nie protestował. Gdy wróciłem, mój nowy kolega pokazywał zdjęcie swojego poszukiwanego pani w średnim wieku z ponad średniej wielkości torbami.

– O co tak dokładnie chodzi z tym typem ze zdjęcia? – zapytałem.

– A, daj spokój. – znaliśmy się już trochę, więc rozmowa stała się bardziej swobodna. – Pięć dni temu wyszedłem z więzienia, a dałem mu się podejść, jak żółtodziób. Okradł mnie, fiut. Wszystkie pieniądze.

– Ale jak?

– Jechałem wczoraj autobusem, przysiadł się, zagadał. Pomyślałem, że nie będę gościa olewał. Chce pogadać, to spoko. Wysiedliśmy tutaj, postawił mi piwo. No to ja kupiłem następne. Musiał zobaczyć, jak wyciągam pieniądze. A okradł mnie, jak zasnąłem.

– Zasnąłeś, jak z nim piłeś piwo??? – spytałem z niedowierzaniem, choć akurat ja nie powinienem się dziwić.

– Nie, odprowadził mnie do lasu, gdzie się położyłem. Jak zasnąłem, wrocił i mnie okradł. Wiesz, długo nic nie piłem i głowę mam słabą.

– No a skąd masz jego zdjęcie?

– Chyba przebudziłem się, jak odchodził. Przestraszył się. Musiał zgubić to, jak uciekał – Mój nowy kolega ponownie pokazał mi etui na dokumenty ze znajdującą się w nim tylko jedną fotografią niezbyt urodziwego młodzieńca w modnym jakieś dwadzieścia lat temu swetrze.

– Często śpisz w lesie?

– Zawsze śpię w lesie. Ludziom przeszkadza, jak śpię na widoku. Poza tym zaraz by mnie ktoś okradł. O zobacz, tu mam śpiwór.

– No dobra, a jak pada deszcz?

– Miałem folię. – Mój rozmówca był wyraźnie rozbawiony. – Ale musiałem ją wyrzucić, bo mi śpiwór zawilgotniał i zaczął śmierdzieć. Zorientowałem się w autobusie, jak się ludzie ode mnie zaczęli odsuwać, hehe. Myślę sobie – co jest? Sprawdzam, czy nie jedzie ode mnie spod pach. Ale nie. Ale sam też czuję, że czymś wali. Wącham, wącham, aż się kapuję, że to mój śpiwór i folia. Cuchnęło kurewsko.

Na chwilę obaj zamilkliśmy. Szosą na Warszawę sunęły samochody, przechodnie niespiesznie zmierzali do swoich zajęć. Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że poza dużymi miastami czas płynie innym tempem i nie zmusza nikogo do wspólnego biegu.

– Często tak biegasz? – Powrócił do rozmowy mój towarzysz.

– Takie dystanse bardzo rzadko. Czasu nie mam, żeby pół dnia po lesie latać.

– To ile dzisiaj zrobiłeś?

– Nie wiem, pewnie jakieś 35 kilometrów. – odpowiedziałem z zadowoleniem.

– Nieźle. Ja dziennie robię czasem sześćdziesiąt.

– No co Ty? – zareagowałem ze zdziwieniem i rozczarowaniem, że tak wycierpiany wysiłek nie zrobił na moim rozmówcy spodziewanego wrażenia.

– Wiesz, jak idę przez cały dzień, to nie mam problemu, by tyle przejść.

– A gdzie teraz zmierzasz? Skąd w ogóle idziesz?

– Sześć dni temu wyszedłem z więzienia w Poznaniu. Idę teraz do Sochaczewa. Robotę mam tam dostać.

Na pętlę autobusową podjechał mój autobus. Wstałem, by zacząć żegnać się z kolegą z przystankowej ławki.

– Będziesz tu cały czas czekał? – zapytałem z troską.

– Tak, aż w końcu trafię na chuja.

– I co zrobisz, jak go dorwiesz?

– Poleje się krew. Oduczę go kraść.

– Chyba go nie zabijesz?

– Co Ty? Ale do szpitala może trafić.

– Dopiero wyszedłeś z więzienia. Przecież mogą Cię znowu zamknąć.

– Właśnie za pobicie siedziałem. No ale co zrobić? Nie mogę chujowi darować. Musi się – Mój nowy znajomy zdawał się wejść w nieco filozoficzny nastrój.

Naszą rozmowę przerwał pomruk uruchamianego silnika niskopodłogowego solarisa.

– Dobra, muszę wsiadać. Uważaj na siebie.

Podaliśmy sobie dłonie.

– Trzymaj się. Cześć.

– Na razie. Jeszcze się zobaczymy. – z tajemniczym uśmiechem pożegnał mnie człowiek, którego jeszcze kilkanaście minut temu chciałem potraktować jak śmiecia, a który okazał się bardzo sympatycznym kompanem do rozmowy i dzięki któremu oczekiwanie na autobus po długim biegu przez Puszczę Kampinoską upłynęło mi miło i niepostrzeżenie. Tego dnia obiecałem sobie nigdy nie oceniać ludzi, zanim ich choć trochę nie poznam. Niby rzecz oczywista, jednak zbyt łatwo o niej zapominamy. Nawet zwykły, czysty, schludny nieznajomy człowiek, którego zwykliśmy nazywać “normalnym” w nagrodę za podobieństwo do nas, budzi w nas podejrzliwość, jeśli tylko zagada bez powodu w autobusie, na ulicy, w kolejce po chleb, czy na przystanku. Nie wystarczają nam te same doświadczenia mieszkania w jednym kraju, mieście, często nawet osiedlu, prawdopodobnie te same obejrzane filmy, przeczytane za młodu te same książki, pita ta sama wódka i uwielbiane te same polskie sezonowe owoce, by bez podejrzeń, uprzedzeń czy politowania traktować najmniejszy przejaw otwartości na drugiego człowieka.

Nie wiem więc, czemu się dziwię, że gdy braknie wspólnych filmów, książek, wódki i owoców, a pojawiają się różnice w tradycji, kulturze, obyczajach czy wierze, nieznajomy człowiek staje się obcym, którego lepiej pozbyć się ze swojego otoczenia lub go w ogóle w pobliże nie dopuszczać. Tak na wszelki wypadek, dla świętego spokoju porządnego człowieka.

One thought on “Spotkanie z obcym.

  1. Cześć 🙂

    Czytam tego Twojego bloga i powiem Ci, że jest bardzo prawdziwy, lekko się to czyta i jeszcze fajniej się nad nim myśli 🙂
    Życzę powodzenia, nowych pięknych treści, a sobie życzę wielu wzruszeń w trakcie jego czytania 🙂

    Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *