projekt szarlotka

Projekt Szarlotka

Posted on Posted in Historie biegowe, Nie o bieganiu, Po górach

ZADANIE

Nadzienie z drobno startych jabłek nie narzuca się swoją wyważoną słodyczą i cynamonowym wykończeniem. Kruche i miękkie zarazem ciasto doskonale dopełnia całości. Na wierzchu leżą zebrane z pobliskich krzaków jagody. Do ciepłej jeszcze szarlotki świetnie pasuje porcja lodów waniliowych i bita śmietana. Wybieram widelczykiem ostatnie okruszki i wciągam w płuca ostre, górskie powietrze. Opieram głowę o ścianę z drewnianych płazów, uszczelnioną wełnianką. Po polance niesie się szum Białki i wpadającej w nią Roztoki.

Jest wieczór. Wracam do środka. Przy stołach trwają rozmowy o górach, szlakach i mapach. Moje tematy. Ale nie siadam. Idę na górę. Muszę się wyspać. Jutro czeka mnie zadanie.

Piętnaście po siódmej rano wyruszam ze schroniska Roztoka (1031 m n.p.m.). Przed sobą mam 45 kilometrów, prawie 4000 metrów podbiegów i tyle samo zbiegów. Zamierzam dotrzeć do celu przed dziewiątą wieczorem, a po drodze w każdym ze schronisk zjeść szarlotkę. Chcę się przekonać, która jest najlepsza. Może ta z Roztoki, którą zjadłem wieczorem? Albo ta słynna z Pięciu Stawów? Podobno kuchnia piecze jej dziennie kilkanaście dużych blach. A może ta na Hali Ornak? To dla niej poświęcają się nawet spacerowicze z dziećmi w wózkach, gotowi pokonać całą Dolinę Kościeliską.

Zaplanowałem trasę ze wschodu na zachód, z początkiem w schronisku w Roztoce i metą na Polanie Chochołowskiej. Kolejny wystarczająco ambitny cel, bym mógł go sobie dopisać do swojej listy zadań. Projekt „Szarlotka” czas, start.

Do pierwszego przystanku, schroniska nad Morskim Okiem, mam blisko. Tylko 1 godzina i 45 minut marszu według znaków. Za długo. Tak chodzą zwykli turyści. Droga jest łatwa, w większości asfaltowa, więc trzeba przycisnąć. Po 40 minutach jestem już nad stawem (1395 m n.p.m.).

cof

Patrzę w ciszy na odbijające się w wodzie Mięguszowieckie Szczyty. Wokół nie ma nikogo. Wchodzę do schroniska, zamawiam jajecznicę i szarlotkę. Posiłek kończę z myślą, że tu nawet przeciętne jedzenie sprzeda się świetnie. Druga szarlotka w teście narzuca się przesadną słodyczą, nudzi kształtem równej kostki, ciasto ma nijakie, a jej nadzienie sprawia wrażenie, jakby ktoś przysnął nad włączonym blenderem. Odnoszę niedojedzony deser, odhaczam punkt na mojej liście i z uczuciem niedosytu ruszam w dalszą drogę.

Jak Rusinowa Polana po pierwszych śniegach

Nim wejdę na niebieski szlak do Doliny Pięciu Stawów (1671 m n.p.m.) przez Świstówkę, mijam dziesiątki turystów idących już nad Morskie Oko. Z ulgą skręcam w mniej popularną trasę. Jest pusta. To piękna droga, która szybko wynagradza strome i pełne wystających korzeni podejście. Gdy czasem chodzę tym szlakiem i drzewa ustępują miejsca kosodrzewinie, lubię oglądać się za siebie i patrzeć na wyrastające ponad Morskim Okiem szczyty. A im jestem wyżej, tym bardziej odsłania się przede mną grań Wołoszyna. Ten widok zachwyca. Ale tym razem najważniejsze jest zadanie i patrzę pod nogi. Muszę wykręcić dobry czas.

cof

O godzinie 9.40, dwa razy szybciej niż pokazuje mapa, mam przed sobą sławną wśród miłośników gór, pięciostawiańską szarlotkę. Wielu uważa, że lepszej w Tatrach nie ma. Zabieram ją na zewnątrz i siadam na murku. Podoba mi się. Duże plastry jabłek leżą na grubym, nieprzesadnie kruchym spodzie. Górna warstwa ciasta jest cieńsza, przyjemnie pofałdowana i szczelnie przykryta cukrem pudrem. Jak Rusinowa Polana po pierwszych śniegach. Zupełnie inna niż płaska i nudna szarlotka z Morskiego Oka. Smakiem ustępuje nieco roztoczańskiej. Ale ma coś, czego tamtej brakuje – mogę ją jeść i patrzeć na góry. I tak właśnie robię. Tempa pilnuję w trakcie biegu, ale teraz się nie spieszę. Smakuję ciasto, cieszę się chwilą. Przede mną piętrzy się masyw Miedzianego. Plamy zieleni porastającej zbocze przeplatają się z szarością skalnych osuwisk, tworząc nieregularną mozaikę. Ledwie wyczuwalny wiatr drażni taflę Wielkiego Stawu i lekko rozmywa odbijającą się w niej zieleń i szarość. Ten przyjemny moment wytchnienia wspaniale dopełnia słodycz szarlotki. Ale zadanie czeka. Muszę wracać na szlak.

Niczym się nie wyróżnia

Następnym celem jest Murowaniec (1500 m n.p.m.). Wybieram drogę przez Zawrat, bo według map jest najszybsza. Od razu podkręcam tempo. Na początku szlak jest płaski, prowadzi tuż przy brzegu stawu. Według mapy na Zawrat mam 1 godzinę i 50 minut. Chcę dotrzeć tam dwa razy szybciej. Po  300 metrach wpadam na Oksanę. Poznałem ją dzień wcześniej w schronisku w Roztoce. Dzieliliśmy pokój. Wyszła, nim się obudziłem. Oksana mieszka w Londynie, ale przyjechała na Podhale z Ukrainy. Odwiedziła tam bowiem rodzinę i postanowiła skorzystać z okazji, by zobaczyć Tatry. Wieczorem była nad Morskim Okiem, a dziś chciała zobaczyć Dolinę Pięciu Stawów. Oboje cieszymy się z naszego spotkania, dobrze nam się rozmawia. Ale muszę się spieszyć. Żegnam dziewczynę i biegnę dalej. Mam pięć minut opóźnienia.

Na Zawracie (2159 m n.p.m.) jestem po godzinie. Stoję tylko chwilę. Sprawnie schodzę po łańcuchach. Na szczęście szlak jest pusty. Tylko raz zatrzymuję się na moment. Pomagam trzem turystkom wejść po pionowej ścianie wąskiego komina. Nieco wolniej pokonuję męczące dla kolan schody skalnego osuwiska. Potem przebiegam przez kocioł Zmarłego Stawu. Schodzę przez skalny rygiel do kotła Czarnego Stawu i obiegam jezioro. Przebijam się przez tłumek turystów siedzących nad stawem. Pędzę przez skalne płyty. Zatrzymuję się na kilka sekund, by wypatrzyć kamień Karłowicza, który zginął pod Kościelcem 110 lat temu. Znów biegnę. Przeciskam się między grupkami turystów i przyspieszam na ostatnich metrach. Dobiegam do schodków, szarpię za klamkę, wchodzę do środka. Zamawiam jedzenie. Stoję parę minut w kolejce do okienka kuchni. Wreszcie cieszę się szarlotką z Murowańca.

Dopiero mija południe, a ja siedzę już w czwartym schronisku, mam na koncie trzy doliny, osiem stawów i 18 kilometrów. Sporo osiągnąłem, ale myślę już o tym, ile jeszcze przede mną. Projekt wymaga jednak, bym na chwilę się zatrzymał i skupił na smakowaniu. Mam przed sobą największą jak dotąd szarlotkę. Tekturowa tacka, na której leży, i rozrzucone na stole resztki jedzenia psują nieco chwilę. Nadzienie o intensywnej, cynamonowej nucie, słodsze niż w Pięciu Stawach i z drobniejszymi kawałkami jabłek, zamknięte jest w dwóch jednakowych warstwach dosyć kruchego ciasta. Płaski wierzch przykrywa delikatna warstewka cukru pudru. To przyzwoita, niczym się nie wyróżniająca szarlotka. Wyraźnie słabsza od tej z Roztoki i z Pięciu Stawów. Ale zostawia w tyle nudne ciasto z Morskiego Oka.

Potrójna dawka cukru

Mijają 24 minuty. Muszę się zbierać. Cztery ciasta odhaczone, pora na resztę. Na szczęście Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.) jest blisko. 500 metrów pod górę, niecałe trzy kilometry dystansu i dwie godziny marszu dla przeciętnego turysty. Ale nie chcę być przeciętnym turystą. Znów mam okazję, by to sobie udowodnić. Po kolejnych trzech kwadransach siedzę w restauracji na górze, próbuję piątej szarlotki i popijam ją kompotem.

cof

To jest potrójna dawka cukru. Mnóstwo go w jabłkowym nadzieniu, drugie tyle na wierzchu, a jeszcze więcej w kompocie. Dlatego po kilku kęsach bez żalu odkładam najsłabszy dotąd deser. Rozczarowują mnie równe krawędzie, płaski, obficie zasypany zwykłym cukrem wierzch, jednolita, ciemna masa z jednakowymi kawałkami jabłek i nijaki smak. Szkoda czasu. Zbieram rzeczy i wychodzę.

Dalsza trasa prowadzi czerwonym szlakiem w stronę Czerwonych Wierchów. Jest przyjemna i mało wymagająca. W dole po słowackiej stronie szumi Cichy Potok w Dolinie Cichej. Po prawej pokazuje się Giewont. W oddali coraz lepiej widać kolejne szczyty Tatr Zachodnich. Lubię je wszystkie nazywać, ale nie czas na to. Teraz ważne jest się tempo i szybki bieg po skałach. Jestem skupiony. Do Przełęczy pod Kondracką Kopą docieram po 40 minutach. Zmieniam szlak na zielony i puszczam się w dół po stromych, skalnych schodach do Hali Kondratowej (1333 m n.p.m.).

Bez jabłek

Po godzinie i 10 minutach od wyjścia z Kasprowego znów patrzę na ciasto. Ani jednego kawałka jabłka, żadnych kruchych warstw, ciemnobrązowy kolor. W najmniejszym schronisku w polskich Tatrach nie serwują szarlotki. Za to jest całkiem dobre ciasto piernikowe. Nie wpadłem na to, żeby wcześniej to sprawdzić. I tak zapewniam sobie dodatkowe 10 kilometrów i 500 metrów w dół i z powrotem na górę. Ale nie żałuję. Na liście zadań jest ciasto na Hali Kondratowej i ten punkt odhaczam.

Przed dalszą drogą dla przypomnienia sprawdzam trasę do następnego przystanku, schroniska na Hali Ornak. 12 kilometrów, nieco ponad 1000 metrów podejścia i przeszło pięć godzin marszu według mapy nie budzi we mnie zapału. Właściwie mam ochotę posiedzieć i popatrzeć na góry. Odpocząć i pooddychać górskim powietrzem.

A gdy po kilku krokach czuję w nogach koszty ostatniego zbiegu, pytam sam siebie, po co to robię: – Ranking szarlotek, jaki w tym sens?

Ale nie mam czasu się zastanawiać. Podjąłem się zadania i teraz trzeba skupić się na jego wykonaniu. Dotrzeć do kolejnego punktu. Zbieram się w sobie i pędzę z powrotem na przełęcz.

Sił starcza mi na pięć minut biegu. Zaczyna się walka o każdy krok. Mięśnie tracą moc. Na szczęście mam kijki. Wyciągam je z plecaka. Z trudem wchodzę na górę. Trasę przez Czerwone Wierchy i długie zejście do Doliny Tomanowej pokonuję tylko dlatego, że obiecałem sobie zjeść na Hali Ornak porządny obiad. Niewiele z tej drogi udaje mi się zapamiętać poza widokiem butów i miarowym stukaniem kijków. Po trzech i pół godzinie mam wreszcie przed sobą drewniany gmach schroniska na Hali Ornak (1100 m n.p.m.), przedostatni punkt na liście.

Z widokiem na Bystrą

Dochodzi godzina 19. Do zachodu słońca zostało niewiele czasu. Na zewnątrz przy drewnianych, pomalowanych na brąz ławach pusto. W przytulnym półmroku jadalni siedzi ledwie kilka osób. Pora na obiad i ciąg dalszy testu. Kilka godzin wcześniej czekałbym pewnie godzinę w kolejce sięgającej drzwi, a tak nie mija pięć minut, gdy odbieram z okienka swoje polędwiczki z frytkami i szarlotkę. Po całym dniu jedzenia słodkości i przebytych prawie 40 kilometrach zwykły posiłek smakuje doskonale. Ale prawdziwa uczta ma się dopiero zacząć.

Cienka warstwa ciasta, przyprószona z umiarem cukrem pudrem, skrywa delikatne nadzienie z drobno posiekanymi jabłkami. Pod tym nieprzesadnie słodkim musem ułożone są grubo pokrojone kawałki twardych, soczystych owoców. To doskonała kompozycja, której nie psuje nienajlepsze ciasto na spodzie. Smaku chwili dodaje widok na Bystrą (2248 m n.p.m.). Ta jedyna widoczna spod schroniska góra i ta szarlotka doskonale do siebie pasują. Chwilę trwa, nim zrozumiem, o co chodzi. Ten najwyższy szczyt Tatr Zachodnich nazywał się kiedyś Pyszna. Rozbawiony odkryciem siedzę jeszcze kilka minut.

cof

Ze smakiem jabłek w ustach i widokiem góry przed sobą jestem gotów na ostatnią część zadania. Jest 19.30. Muszę być szybki, jeśli chcę zdążyć. Kuchnia w schronisku na Polanie Chochołowskiej jest czynna jeszcze tylko półtorej godziny. Trzeba dotrzeć na Iwaniacką Przełęcz (1459 m n.p.m.). Niecałe czterysta metrów podejścia, a potem już tylko w dół. Cel jest już niemal na wyciągnięcie ręki, więc całą swoją uwagę skupiam na nogach i ścieżce pod nimi.

Zapamiętuję tylko drewniany mostek na Pyszniańskim Potoku i zdziwienie, gdy na przełęcz docieram po 35 minutach. To jest coś! Po całym dniu ganiania po Tatrach jestem jeszcze w stanie ponad dwukrotnie wyprzedzać mapę. Nie zatrzymuję się, biegnę dalej, choć nogi bolą jak diabli. Przez pnie drzew przebijają promienie zachodzącego nad Grzesiem i Bobrowcem słońca. Biegnę. Szybki, mocny, zwinny, wytrwały, zadziwiający. Gotowy podejmować się nowych, coraz trudniejszych wyzwań. Mam może pół godziny do celu. Niedługo będę mógł zaznaczyć na swojej liście zadań zrealizowany projekt „Szarlotka”.

Lista zadań

Lubię tę listę. Co pewien czas dopisuję do niej kolejny punkt, czym udowadniam sobie i innym, że stać mnie na więcej. Lista mnie napędza. Dodaje motywacji, siły, dzięki niej czuję się wartościowy. Zaczęło się kilka lat temu. Postanowiłem wtedy przebiec w ciągu jednego dnia całe polskie Tatry Zachodnie i zaliczyć po drodze wszystkie góry. Wprawdzie dotarłem do celu, ale musiałem skrócić drogę i zrezygnować z połowy szczytów. Niewiele jednak zabrakło, bym nie odpuścił. Gdybym trzymał się planu, noc zastałaby mnie gdzieś na grani. W końcu jednak uznałem, że dotarcie do schroniska o pierwszej w nocy jest kompletnie bez sensu i zmieniłem trasę na krótszą. Zwyciężył wtedy, choć o włos, zdrowy rozsądek.

Od tamtej pory raz do roku biorę do ręki mapę Tatr i wymyślam sobie kolejny cel, nowe zadanie na liście. Mam już na niej wpisane i odznaczone różne biegowe osiągnięcia. Szczególnie zadowolony jestem z przejścia prawie całych polskich Tatr z Rysów aż do Kir u wlotu Doliny Kościeliskiej. Pomysł podrzucił mi Grzesiek, poznany na internetowym forum inny zapaleniec. Schodzić z Rysów zaczęliśmy przed zmrokiem i drogę przez Szpiglasową Przełęcz, Dolinę Pięciu Stawów na Krzyżne pokonaliśmy nocą w świetle latarek. Świt podziwialiśmy gdzieś na Orlej Perci, przez Czerwone Wierchy szliśmy w półśnie wczesnego popołudnia, a do celu dotarliśmy przed wieczorem, powłócząc nogami. Nieprzytomni ze zmęczenia, ale zadowoleni, że wykonaliśmy zadanie.

Poza corocznym dodawaniem do listy zadań kolejnych biegów w Tatrach, lubię dorzucać inne. Wśród nich jest „Przebiec całą Puszczę Kampinoską ze wschodu na zachód”, choć po jego wykonaniu przez dwa tygodnie bolało mnie kolano i nie mogłem chodzić. Satysfakcję dała też pozycja „Treningowe 100 km w tydzień”. Biegałem codziennie co najmniej 14,28 km, by stać się na moment jednym z tych biegających absurdalne odległości ultrasów. Endomondo mierzyło przebyty dystans i nie pozwalało skończyć biegania, nim nie wykonałem dziennego planu. Pod koniec tygodnia ostatnie kilometry człapałem z bolącym kolanem i telefonem w ręku. Wpatrywałem się wtedy w ekran z nadzieją, że to przyspieszy odliczanie kolejnych metrów. Nie przyspieszało.

Endomondo używam również teraz. Dyktuje tempo, pilnuje rytmu. Stanowi dowód, że daję radę i jestem czegoś wart. Właściwie cały podjęty wysiłek sprowadza się do jednego pliku w historii treningów. Będzie w nim dystans, czas trwania, średnie tempo, prędkość, spalone kalorie, ile metrów pod górę, ile w dół. Będzie mapa pokonanej trasy. Niebieski szlaczek oznaczy drogę od prawego krańca obrazka do lewego. Ten śmieszny zawijas będzie dowodem, że jego twórca potrafi stawiać sobie ambitne cele i je realizować. Dlatego muszę uważać, żeby nic niespodziewanego, żaden błąd aplikacji, zawieszenie systemu operacyjnego, czy rozładowana bateria nie zaprzepaściły podjętego wysiłku. Na wszelki wypadek mam ze sobą trzy banki energii. Telefon jest przez cały czas podłączony kabelkiem do jednego z tych życiodajnych pudełeczek.

Gdy docieram do Polany Iwanówka (ok. 1140 m n.p.m.), właśnie zapada zmrok. Jeszcze tylko dwa kilometry. Nogi nie chcą już nieść  Kijki stukają o bruk w szarpanym, nierównym rytmie. Plecak uwiera w ramiona. Skurcze wyginają palce stóp. Czuję opór w kolanie. Dolina powoli tonie w mroku i rozmazuje się w zmęczonych oczach.  Wreszcie dostrzegam światła schroniska. Jeszcze dwieście metrów. Sto. Jeszcze kamienne schody. Koniec. Zrobiłem to.

Kuchnia jest już zamknięta. Spóźniłem się 10 minut. Ostatnią szarlotkę zjadam następnego ranka. Czuję zawód. Jest zwyczajna. Odnoszę talerzyk z nadgryzionym ciastem, zarzucam plecak i wychodzę na zewnątrz. Z trudem schodzę po schodach schroniska na Polanie Chochołowskiej. Projekt „Szarlotka” dobiega właśnie końca. Zadanie wykonane. Od godziny 7.15 do 21.10 na nogach. Osiem zjedzonych szarlotek, a właściwie siedem i ciasto piernikowe.

cof

Siadam na murku. Mam przed sobą Polanę Chochołowską, nieco dalej szałasy pasterskie, a w oddali rysuje się wapienny szczyt Kominiarskiego Wierchu. Nie muszę się spieszyć. Nie mam do wykonania żadnego zadania. Mogę pójść na Grzesia i przesiedzieć na nim cały dzień. Ale już wiem, że pójdę dalej. Zaliczę pewnie Wołowiec, Jarząbczy, a może nawet Starorobociański. To i tak będzie znacznie mniej niż wczoraj. I w tej jednej chwili uświadamiam sobie, że w głowie zostały mi właściwie tylko krótkie chwile, gdy próbowałem tatrzańskich ciast. Spotkałem setki ludzi, ale poza Oksaną, nikogo nie pamiętam. 14 godzin minęło jak krótka chwila. Zamiast przeżywania tu i teraz, myślałem o swoim zadaniu. Tylko ono się liczyło. Może Oksana miała rację.

Codzienna lista zadań.

Mam się już zbierać, gdy dostaję wiadomość. Gdzie jest lista poprawek na budowie? Dlaczego jej nie wysłałem? Nie zdążyłem przed wyjazdem. Powinienem to załatwić. Nawaliłem. Po raz kolejny przyznaję, że pora popracować nad zarządzaniem sobą w czasie. Na mojej codziennej liście zadań jest średnio jakieś 40 punktów do odhaczenia. Codziennie dopisuję nowe. Dobry dzień jest wtedy, gdy udaje mi się wykonać więcej zadań niż przybyło mi nowych. A bywało kiedyś, że zrobiłem wszystko, co było do zrobienia. Pamiętam to uczucie lekkości. To było 15 lat temu.

Lista zadań narzuca mi tempo, nadaje rytm dnia. By wieczorem lista nie była dłuższa niż rano, muszę działać szybko, w pełnym skupieniu. Jeden punkt zaliczony. Czas na następny. Gdy je zaliczam jeden po drugim, czuję moc. Czuję, że potrafię działać, jak trzeba. Ale bywa wtedy, że realizacji części tych punktów nie pamiętam. Ktoś pyta mnie, czy wysłałem bardzo ważny mejl. A ja sprawdzam wtedy z obawą skrzynkę, bo nie mogę tego skojarzyć. Im szybciej odznaczam wykonanie kolejnego zadania, tym łatwiej o niektórych zapominam.

Z każdym dniem trudniej mi utrzymać tempo. Odhaczam punkt z listy, biorę się za następny. I przy tym następnym wszystko przyspiesza. Bo zadania przyspieszają czas. Każą skupić się na osiągnięciu celu. Nie na tym, co tu i teraz. A myśl o celu zasłania wszystko inne. Gdy moje córki ociągają się rano z ubieraniem i szykowaniem do wyjścia, złoszczę się na nie i popędzam. Bo trzeba się pospieszyć. Bo nie można się spóźnić. Bo nie czas na leżenie na dywanie, albo kolorowanie obrazka. Bo zadania na rano to sprawnie się ubrać, schować piżamy, zjeść śniadanie, wypić tran, posprzątać po śniadaniu, umyć zęby, tylko dokładnie, uczesać włosy i się nie spóźnić do szkoły i przedszkola.

Skupiony na szybkim wyjściu z domu i realizacji pierwszych w ciągu dnia zadań, nie dostrzegam, że młodsza córka nie chce iść do przedszkola, bo pokłóciła się wczoraj ze swoją najlepszą koleżanką, a starszą boli noga. Nie zauważam przy tym, że wciągam je w swój pęd i przyzwyczajam do codziennego pośpiechu. Ale czasem nie chce mi się już spieszyć. I wtedy, gdy nikt nie widzi, zamiast napawać się bezczynnością, patrzę bezmyślnie w ekran telefonu albo laptopa i przeglądam strony internetowe. Stoch wygrał kwalifikacje do konkursu, wartość Lewandowskiego nieco spadła, Unia Europejska zaniepokojona, prezydent Stanów Zjednoczonych pogroził na Twitterze, autostrada A2 zablokowana. A potem przychodzą wyrzuty sumienia. Spada nastrój i poczucie własnej wartości. I nadganiam stracony czas. Bo pośpiech ma wymiar moralny. Liczy się ten, kto szybko działa. Ten, kto stawia cele i je osiąga. Kto sobie radzi i odnosi sukcesy. Więc stawiam sobie kolejne cele. Dopisuję punkty. Tego wymaga ode mnie kultura osiągnięć. Tak działa ten świat.

Nie znoszę tej listy codziennych zadań. Od pewnego czasu budzi we mnie niepokój. Coraz więcej punktów pozostaje nieodznaczonych. Z każdym kolejnym czuję się wart o jedno niewykonane zadanie mniej. Dlatego sięgam po listę osiągnięć biegowych. To na niej jest projekt „Szarlotka”. Właśnie postawiłem przy nim ptaszka. I na moment poczułem się świetnie. Ale by móc to zrobić, na liście numer jeden, tej codziennej, musiałem wcisnąć całą masę punktów. Przebiec 10 kilometrów mocnym tempem, 15 kilometrów w terenie, wykonać trening siłowy, poćwiczyć brzuszki.

Teraz mogę myśleć o kolejnym projekcie. Może za rok zrealizuję projekt „Sudety”. Tak, to będzie coś. Już zrobiłem pierwsze przymiarki do trasy. Około 250 kilometrów, by przebiec z Masywu Śnieżnika na kraniec Izerów. Jakieś pięć dni biegu.

Pora jednak ruszać z Polany Chochołowskiej. Jutro będę musiał wrócić do listy codziennych zadań, ale dziś mam jeszcze cały dzień na wędrówkę . Mogę się nie spieszyć. Cieszyć się widokami, bo prognozy zapowiadają słońce. Czuję w nogach wczorajszy wysiłek. Właściwie ledwo idę, więc może wejdę dziś tylko na Grzesia, przejdę granią na Rakoń. Tam sobie posiedzę, popatrzę na Rohackie Stawy i dwa Rohacze. Chociaż… nigdy jeszcze tam nie byłem. Ciągle się nie składało. Tak, zadanie na dziś to wejść na Wołowiec i dalej na Rohacze. Spróbować przejść jak najdłuższy odcinek czerwonego szlaku, słowackiej Orlej Perci. Trzeba sobie stawiać ambitne cele.

Człowiek jest wart tyle, ile cele, które sobie stawia?

 Po powrocie z gór dostaję do ręki książkę „Nieobecni”, w której autorzy, Maria Król-Fijewska i Piotr Fijewski opisują problem „zadanioholizmu”, skupienia się na zadaniach i celach kosztem doświadczania, przeżywania. To z niej dowiaduję się, że jestem zadaniowcem.

Spotykam się z Piotrem Fijewskim. Jest psychologiem klinicznym, psychoterapeutą, współzałożycielem Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej Intra. Zapytany przeze mnie o to, jak wielu ludzi jest podobnie uwikłanych w zadaniowość, ma ochotę odpowiedzieć, że wszyscy.

– Prowadzę szkolenia dla jakiejś firmy i widzę, że wszyscy są zadaniowcami. Przyjmuję na terapii pary małżeńskie i przeraża mnie, że oni nie mają grama czasu dla siebie. Ludzie po prostu żyją w taki sposób i myślą, że na tym to wszystko polega. Że to, że nie ma na nic czasu, to jest naturalne. Bo takie jest życie. Bo taki jest pęd – odpowiada.

Jak pisze wraz z żoną w swojej książce: „posiadanie celów traktowane jest jako wartość wyznaczająca satysfakcję życiową człowieka. Poczucie sensu zostało zastąpione ilością zdefiniowanych celów”. Wracam do tego w naszej rozmowie.

– Zadanioholizm rozwinął się w moim pokoleniu, przekazaliśmy takie wzory naszym dzieciom. Jednocześnie młodzi ludzie nie mają o co się zaczepić, brakuje im mocnego zakotwiczenia w wartościach. Dlatego cele stają się wartością. To jest taki pusty przebieg. To jest tak, jakby ludzi na taśmę wrzucić. I przy tym bardzo trudno jest powiedzieć sobie „gdzie jest ten mój sens?”. Te słowa „cel” i „sens” trzeba zamienić. To sens tworzy życie, a nie cele. Cel może być przecież zupełnie idiotyczny. Na przykład by sprzedać jak najwięcej serków homogenizowanych – tłumaczy Fijewski.

Zwraca też uwagę, że coraz częściej życie wypełniają ludziom projekty do realizacji. Projekt „Praca”, „Rozwój”, „Małżeństwo”, „Dom”, czy nawet projekt „Dziecko”. Duże projekty dzielą się na małe, a te na zadania. Jak czytam w książce „wiele osób buduje poczucie wartości, gromadząc dokonania i osiągnięcia. Żyjąc zadaniami i działaniem, próbuje zasłużyć sobie na uznanie. (…) Taki człowiek żyje w stałej gotowości do podejmowania szybkich akcji, niekiedy w dziedzinach nie mających znaczenia. Nie marnuje czasu na myślenie i gadanie, czyli na refleksję, dyskusje, gromadzenie pomysłów czy wymianę poglądów. Zamienia potrzeby na zadania. Dla niego dbanie o zdrowie, relaks, uprawianie sportów – wszystko to może stać się zadaniem”.

Pytam, na ile aplikacje typu Endomondo, które mierzą przebyty dystans, tempo, przewyższenie, mają wpływ na naszą zadaniowość.

– To są powiązane rzeczy. Ilość tej mierzalności doprowadza do tego, że jesteśmy takimi maszynami do odhaczania zadań. Urządzeniami, które cały czas trzeba namierzać i usprawniać. Ma to swoje odbicie w podejściu do samego siebie – objaśnia Fijewski. – Zdarza się nam, że przedstawiciel tej grupy zadaniowej przychodzi na terapię tak, jakby się widział z boku i mówi „trzeba ten sprzęt naprawić, bo on nie spełnia kryteriów”. To jest ucieczka od doświadczania. To mierzenie czasów czy tempa stanowi motyw do tego, żeby cały czas się poprawiać, tworzy kolejną poprzeczkę do przeskoczenia. To jest dodatkowy efekt rozkręcający zadaniowość. Na przykład zadanie „2018 kilometrów w 2018 roku” to równie dobrze może być cel, żeby biegać dookoła własnego domu przez 16,5 godziny na dobę. Obiektywnie to nie ma żadnego sensu, to nie dotyka żadnej wartości – tłumaczy.

Według Fijewskiego wejście w zadaniowość to ucieczka przed własnymi emocjami. Bardzo często to ucieczka przed niepokojem.

– Można powiedzieć, że niepokój jest przyczyną wszystkiego, o czym rozmawiamy. Człowiek, który go odczuwa, będzie mówił tak: „niepokoję się, że z czymś nie zdążę; że moje dziecko się rozchoruje, albo czy utrzymam rodzinę”. A tak naprawdę niepokój męczy ponurymi myślami. Dlatego ludzie uciekają od niego w zadania i pracę. W ten sposób unikają cierpienia z niepokoju – przekonuje.

Gdy zatem człowiekowi towarzyszy niepokój, zaczyna bezustannie planować, czyli zabezpieczać się przed niepowodzeniem. Bo jego świat jest nieprzewidywalny i bezwzględny. Wszystko może się w nim zdarzyć. Dlatego wymaga nieustannej kontroli, stawiania celów, planowania, zabezpieczania. Tym zabezpieczaniem jest gromadzenie. Z jednej strony dóbr materialnych. Częsty argument „muszę zarabiać” jest objawem niepokoju i oznacza brak ufności w przyszłość. Z drugiej strony jest to trzymanie się zasady „żyj tak, żeby nic nie stracić”, „życie jest za krótkie, żeby nie cisnąć”. Czyli kolekcjonowanie jak największej ilości wyjątkowych sytuacji. To mogą być dalekie wycieczki, pełne przygód wyprawy, podejmowanie się sportowych wyzwań, oryginalne pasje. To może też być rozwijanie kariery zawodowej. Niepokój sprawia, że człowiek woli nie polegać na innych i w nic nie wierzyć. Jest nieufny, dystansuje się od świata i ludzi, jest zamknięty emocjonalnie. Wtedy ucieka w zadania.

– Żeby się wyciszyć, dobrze jest skupić się na niepokoju jako takim. Uczymy ludzi identyfikować, gdzie go czują. Czy ma kolor, kształt, konsystencję. Czy jego doświadczanie to szarpanie, szczypanie, rozedrganie. Dobrze jest popatrzeć na niepokój i powiedzieć do niego „witam” i „widzę cię”. Żeby mógł przycichnąć, wymaga uwagi. Skupienia się na jego doświadczaniu. Na świadomym byciu tu i teraz i wsłuchaniu się we własne uczucia – podsumowuje Fijewski.

Koniec zadań.

Dzień po projekcie “Szarlotka” nie pobiegłem jednak na Rohacze. Na Przełęczy pod Wołowcem przesiedziałem pół godziny, wpatrując się na te dwa strzeliste szczyty. Nade mną płynęły chmury, w dole płynęły ich cienie. Wiatr szumiał tak, jak szumi tylko w Tatrach. Tym razem nie „cisnąłem”. Zaskoczyło mnie, jaki ogarnął mnie spokój. Czułem się dużo lepiej niż dzień wcześniej.

Wędrowałem niespiesznie do wieczora. Ale jak tylko wróciłem z gór, wrócił też pośpiech. Znów były zadania i cele. I niepokój. Niedługo potem przeczytałem „Nieobecnych”. Wtedy postanowiłem wszystko opisać.

Kilka miesięcy później.

Jest niedziela. Siedzę z żoną na kanapie. Jej włosy łaskoczą mnie w szyję. Po pokoju biegają nasze córki. Starsza robi gwiazdę. Młodsza turla się po podłodze, twierdząc, że to też jest gwiazda. Starsza patrzy na nią z politowaniem. W powietrzu unosi się zapach świeżo zrobionej kawy. Przez szyby wpadają promienie zimowego słońca. W ich świetle widzę, jak dużo kurzu jest pod szafkami. Niech sobie dziś jeszcze będzie.

Ale dzień powoli się kończy. Zbliża się poniedziałek. Dużo spraw czeka. Powinienem sprawdzić mejle. Może od piątku przyszły jakieś ważne wiadomości. Rano nie będzie na to wszystko czasu. Muszę usiąść wieczorem. Gdy dziewczyny pójdą spać, sprawdzę pocztę i zrobię, co trzeba. Jeszcze będę musiał zaplanować, jak wygospodarować więcej czasu na bieganie. Mam zadanie na ten miesiąc – 200 kilometrów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *