Rozmyślania podczas sikania. Czyli moje postanowienia noworoczne.

Postanowienia noworoczne

Posted on Posted in Nie o bieganiu

Czyli rozmyślania podczas sikania. O porannej codzienności, dzieciach, bieganiu, zepsutym zawiasie, rogaliku z nadzieniem czekoladowym i innych ważnych sprawach.

Żonka wstała jak zwykle pierwsza. Obudził mnie jej głos, co kilka chwil powtarzający naszej starszej córce, by wstała z podłogi i zaczęła się wreszcie ubierać, bo spóźni się do szkoły. Taki codzienny rytuał. Wychwyciłem wyraźną nutę zniecierpliwienia w jej głosie, co oznaczało, że powtarzała te słowa co najmniej po raz dziesiąty. Zrozumiałem, że to najwyższa pora, bym i ja wstał. Nie chciałem drażnić mojej tygrysicy. Wstałem. Na stole w kuchni stały już kubki z zaparzoną herbatą, w pomarańczowym, emaliowanym garnku gotowały się parówki dla dziewczyn, a w drugim, stalowym, czekała na mnie jaglanka. (Wiem, parówki to słabe śniadanie, ale żeby zdążyć zjeść coś zdrowszego, moja starsza córka musiałaby wstać w środku nocy. A parówki są przynajmniej z szynki i nie są z tych „dla dzieci” – bo te opisane na opakowaniu w ten sposób są z reguły jeszcze gorsze niż te „normalne”). W pokoju dzieci leżały przygotowane na dzisiaj ubrania. Żonka jak zwykle wszystko już rano ogarnęła. I jak zwykle w jej spojrzeniu dostrzegłem cień wyrzutu, że to ona musiała wszystkim się zająć. A ja, jak zwykle, przetoczyłem się przez całe mieszkanie, powłócząc nogami i drapiąc się po jajach, by po bezproduktywnym zatoczeniu pętli, zakończyć ten niepotrzebny obchód w toalecie. A tam, jak zwykle, stanąłem nad kiblem i, usiłując nie obsikać rantu miski ustępowej, jednocześnie wpatrywałem się w lustro z niedowierzaniem, że ten po drugiej stronie to też ja. Wciągnąłem brzuch, który po ostatnich tygodniach częstych okazji do picia i jedzenia wymagał poświęcenia mu nieco większej uwagi. Zaczynał się kolejny zwykły, niespecjalnie piękny, ale też nie najgorszy dzień mojego zwykłego życia. Trzeci stycznia, drugi powszedni dzień nowego roku. Przez wielu omyłkowo nazywanego Nowym Rokiem, przez co ludzie, składając sobie życzenia, w tym dużo szczęścia i sukcesów w Nowym Roku, życzą sobie szczęścia i sukcesów 1 stycznia, w Nowy Rok. A co potem? Trzeci stycznia zapowiadał się tak samo, jak moje wszystkie, wypełnione codziennością zwykłe dni zeszłego roku. Z tą różnicą, że teraz czułem na plecach ciężar wszystkich nowych postanowień, których realizacji nierozważnie podjąłem się w sylwestrowo – noworocznej euforii, dopingowany nadzieją, że ten rok oszczędzi mi rozpaczy i smutku. Że w tym właśnie nadchodzącym roku wreszcie uda mi się zmienić w moim życiu to, czego w żadnym z minionych lat zmienić mi się nie udało. Jeszcze wczoraj miałem w sobie głębokie przekonanie, że to właśnie ten moment, przełomowy czas. Ale już dzień później, kiedy stałem nad kiblem i usiłowałem nie obsikać rantu miski, celując jak zawsze w “lewe górne okienko”, w głowie pojawiła się myśl, czy nie prościej byłoby spuścić te obsrane postanowienia do kanalizacji. Nim jednak ostatnia kropla uderzyła o błyszczącą ceramiczną powierzchnię miski ustępowej, powiedziałem do siebie – „Chuj tam. Spróbujemy”. Nie wiem dlaczego zawsze mówię do siebie w pierwszej osobie liczby mnogiej. Wolę  nie próbować tego analizować. A przeklinam, gdy mówię do siebie, zawsze po to, by dodać sobie animuszu. Wychodząc z toalety powtórzyłem sobie w myślach wszystkie podjęte na ten rok wyzwania.

Nie szczędzić czasu dla tych, których kocham.

Dużo biegać po lasach.

Mieć cierpliwość dla córek i nie wkurzać się na nie, gdy po raz dziesiąty trzeba je prosić, by się wreszcie ubrały, bo spóźnimy się do szkoły.

Dużo biegać po górach.

Nie być już takim syfiarzem.

Dużo biegać gdziekolwiek.

Wymienić wreszcie zawias w szafce z zamrażarką, żeby nie trzeba było blokować niedomykających się drzwiczek złożoną kartką papieru. I naprawić cokół pod lodówką, żeby nie trzeba było trzymać go stopą przy każdym zaglądaniu po jedzenie.

Dużo biegać w ogóle.

Nie pochłaniać niepotrzebnych kalorii (w tym francuskich rogalików z nadzieniem czekoladowym)

Biegać systematycznie

Zająć miejsce w pierwszej dziesiątce w Biegu na Kasprowy, jak obiecałem starszej córce (Nie wiem, jak tego, ku#*a, dokonam. Ale słowo się rzekło).

Czyli biegać naprawdę systematycznie

Napisać wreszcie coś porządnego.

(jest tego więcej, ale to już bardzo prywatne postanowienia, więc nie będę pisał na przykład o tym, żeby dbać o Żonkę, by czuła się tak wyjątkową dziewczyną, jaką jest w rzeczywistości)

Zmotywowany i pełen energii rzuciłem się w wir codzienności. Odstawiłem moje wspaniałe córki do szkoły i przedszkola, bez wkurzania się na ich, inną niż moja, percepcję upływającego czasu. Po drodze do pracy podjechałem na stację, gdzie kupiłem sobie duże cappuccino i francuski rogalik z nadzieniem czekoladowym. Uznałem, że do październikowego biegu na Kasprowy zostało jeszcze mnóstwo czasu, a poza tym nic tak nie motywuje do trenowania jak zbędne kalorie, które trzeba spalić. Zajadając się w samochodzie rogalikiem i krusząc po całym fotelu, spodniach i swetrze, uświadomiłem sobie, że na wymianę zawiasu w zamrażarce i cokołu pod lodówką mam caluteńki rok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *