o strachu

O strachu

Posted on Posted in Nie o bieganiu, Nie po górach, Nocne bieganie

świecące oczyUśmiechnąłem się pod nosem, gdy światło czołówki odbiło się w dwóch niewielkich punkcikach oddalonych ode mnie o jakieś dwadzieścia metrów. Znajdowałem się w samym środku lasu, więc to raczej nie był kot, których sporo kręci się na skraju Parku Leśnego Bemowo, pozostałości dawnego fragmentu Puszczy Kampinoskiej. Świecące punkciki nie zmieniały swojego położenia, mimo że byłem coraz bliżej. Po chwili dostrzegłem kolejne dwa. Sarny – stwierdziłem bez cienia wątpliwości, nie zwalniając kroku. Z leśnych zwierząt tylko one zwykle stoją nieruchomo, z zaciekawieniem przyglądając się dziwnej postaci ze świecącym czubkiem głowy. Dla mieszkańców tego zupełnie zwykłego lasu, którego prawie nikt oprócz mnie nie odwiedza po zmroku, spotkanie ze mną musiało być niecodziennym doświadczeniem, zwłaszcza, że poza strumieniem światła emitowałem zazwyczaj jednostajny dźwięk ludzkiej mowy. Czasem był to damski, częściej męski głos, z reguły ze świetną dykcją i doskonałą intonacją (poza przypadkami, gdy słuchałem jednego z audiobooków Jacka Hugo-Badera, czytanego przez samego autora, który jest fantastycznym reportażystą lecz lektorem wręcz przeciwnie). Tym razem z głośniczka mojego telefonu dobiegał przyjemnie zachrypnięty, niski głos Rocha Siemianowskiego, czytającego mi “Nocnych wędrowców” Wojciecha Jagielskiego, opowieść o tragicznych losach Ugandy, utopionej we krwi przez dwóch okrutnych tyranów – Miltona Obotego i Idi Amina, umęczonej okrucieństwem bojowników Bożej Armii Josepha Kony’ego, kolejnego z największych zbrodniarzy współczesnej Afryki.

Sarny zeszły ze ścieżki i przypatrywały mi się teraz bez ruchu z przerzedzonych, jesiennych zarośli. Przystanąłem kilka metrów od nich i wstrzymałem głos lektora. Majstrując przy strumieniu czołówki i kręcąc głową tak, by jak najlepiej oświetlić zwierzęta, zdołałem zrobić im kilka zdjęć, zanim znudzone oddaliły się niespiesznie w głąb lasu. Wciągnąłem w nozdrza wilgotne, leśne powietrze i ruszyłem przed siebie, licząc na kolejne spotkania z miejscową fauną. I pomyśleć, że gdy niespełna trzy lata temu, pchany chęcią pokonania własnych słabości i lęków, po raz pierwszy wbiegłem nocą do lasu, moja odwaga skończyła się już po kilkudziesięciu sekundach. Jak tylko dostrzegłem w ciemnościach dwoje wpatrzonych we mnie oczu, bez namysłu rzuciłem się do ucieczki. Jedyne, o czym wtedy myślałem, to znaleźć się w kojącym nerwy, pomarańczowym świetle sodowych lamp ulicznych latarni. Jak najdalej od mrocznego, pełnego tajemnic lasu, który wydał mi się wtedy miejscem wyjątkowo nieprzyjaznym. Rozsądek podpowiadał mi, że w podwarszawskim lesie nie spotkam zwierząt, które mogłyby mi w najmniejszym choćby stopniu zagrażać. Mimo to wyobraźnia, napędzana lękiem przez nieznanym, podsuwała mi najróżniejsze obrazy potworów rodem z powieści H.P. Lovecrafta. Minęło kilka miesięcy nim zdobyłem się na odwagę, by ponownie wbiec nocą do lasu. Wyposażony w trzy latarki, gaz i teleskopową pałkę mierzyłem się ponownie ze strachem przed nieznanym, a lęki i niepokojące odgłosy natury zagłuszałem muzyką z telefonu, koniecznie skoczną i wesołą. Dźwięki gitarowego grania miały też oddalić ryzyko przypadkowego spotkania sarny, lisa, dzika, wilka, niedźwiedzia, a nawet tygrysa, lwa czy krokodyla. Ale wystarczyło, by muzyka na moment zamilkła i w ciemnościach nerwowo wypatrywałem kolejnych nieprzyjaznych stworzeń, które popkultura zapisała w mojej głowie (w tym nawet długowłosej dziewczynki w brudnej nocnej koszuli wychodzącej ze studni lub telewizora).

mde

Teraz na nocne bieganie po lesie zabieram jedną, sprawdzoną czołówkę, a w jasne, księżycowe noce coraz częściej ją wyłączam. Wśród kryjących się w mroku drzew, ich szumiących na wietrze liści i skrzypiących gałęzi czuję, jak przenika mnie spokój. Jak codzienne zmartwienia tracą swój ciężar, a moje spojrzenie na to, co ważne w życiu, nabiera właściwej perspektywy. Gdy w bezgwiezdną, ciemną noc biegnę ścieżką wśród drzew, krzewów i traw, a wąski strumień światła latarki odkrywa przede mną ledwie skrawek leśnego świata, tylko na nim się skupiam. Uczę się zwracać uwagę na to, co naprawdę ważne. A kiedy wypatrzę gdzieś lub usłyszę ruch wśród zarośli, cieszę się na spotkanie z sarną, lisem lub dzikiem. Każde z tych zwierząt spotkałem już wielokrotnie i wiem, że jak długo przestrzegam leśnych reguł, tak długo z ich strony nie spotka mnie nic nieprzyjemnego.

Gaz jeszcze czasem przypinam do boku, ale nie ze strachu przed leśną fauną, a na wypadek spotkania człowieka z psem. Już dawno odkryłem, że jedynym zagrożeniem dla leśnego biegacza jest czysty, rasowy, czworonożny pupil, spacerujący u boku swojego właściciela z sąsiedniego osiedla. Co ciekawe żaden szwędający się samopas, zaniedbany kundel nigdy nawet nie warknął w moim kierunku, a niejeden napotkany po drodze bezpański pies postanowił dotrzymać mi towarzystwa.

Tamtego wieczora biegało mi się świetnie. W drodze powrotnej mój pęcherz wymógł na mnie krótki postój. Gdy przystanąłem w szerokim rozkroku, kilka metrów dalej rozległ się chrzęst łamanych gałęzi.
– O, dzik. Cześć – powiedziałem na głos, nie przerywając tego, co zacząłem i zaśmiałem się głupio, rozbawiony tą scenką.
Zwierzę przeszło w pobliżu, nie zwracając na mnie większej uwagi. Dziesiątki już razy spotykałem dziki. Natykałem się na nie na leśnych ścieżkach i w gęstych zaroślach, widziałem z oddali, z bliska, pojedyncze i całe watahy. Zdarzało mi się nawet, zupełnie dla siebie niespodziewanie, wpadać w sam środek ich barłogu. I zawsze zrywały się do ucieczki. Złościły się jedynie w sytuacji, gdy zbytnio zbliżałem się do warchlaków. Ale tylko, gdy robiłem to wyraźnie intencjonalnie, jakbym łamał pewne ustalone między nami zasady.

Gdy ruszyłem dalej, pomyślałem, że najlepszym sposobem na strach przed nieznanym jest to nieznane poznać. Przekonać się, czy rzeczywiście jest się czego bać. Banał, bez wątpienia. Lektor Roch czytał mi właśnie kolejną historię Samuela, małego ugandyjskiego chłopca – weterana wojny w kraju Aczolich. Wcielonego siłą do Armii Bożego Oporu, zmuszanego do nieludzkiego okrucieństwa wobec mieszkańców napadanych przez jego oddział wiosek. Wybiegając z lasu myślałem o tych wszystkich zwykłych ludziach, którym przyszło porzucić swoje domy, którym wojna zabrała bliskich, ukradła  dotychczasowe życie, pozbawiła perspektyw, odarła z godności. I których, rzucając niekiedy w odległe miejsca, uczyniła uchodźcami, obcymi. Postanowiłem napisać tekst o tym, co myślę o tych obcych. Ugandyjczykach,  Libijczykach, Syryjczykach,  Kurdach, Czeczenach, muzułmanach, hindusach, judaistach, czy innych całkowicie mi obcych ludziach z całkowicie nieznanych mi kultur. Właśnie kończysz go czytać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *