o-smutku

O ciastku, kawie, latawcu i smogu. O smutku.

Posted on Posted in Nie o bieganiu

To dziwne, ale dawno nie smakowała mi Wuzetka z podwójnym espresso tak, jak tego dnia w „Truskawce” przy Wołoskiej.  Pewnie dlatego, że dawno nie zamawiałem nigdzie ani Wuzetki ani podwójnego espresso. Ale nie stąd wzięły się te doznania podniebienia. Towarzyszące mi w tamtej chwili uczucie, sięgające najmniejszych skrawków ciała i najskrytszych zakamarków duszy, sprawiło, że słodycz ciastka wydawała się wyjątkowo wyrazista, a gorycz mocnej kawy zadziwiająco delikatna. Kwestia kontrastów. Ciastko było jak barwny latawiec, przelatujący wśród przybrudzonych ścian popeerelowskich bloków na zapomnianym przez Boga osiedlu w Wałbrzychu, gdzie spółdzielnia mieszkaniowa jakimś cudem jeszcze nie przeprowadziła termomodernizacji elewacji. Tańcząca kolorowa plamka w bezkresie szarości zawsze będzie się wydawać bardziej wyrazista, niż gdyby patrzeć na nią w trakcie przedszkolnych zajęć na dworze, gdy dzieci malują kredą na chodniku prace pod tytułem „Po drugiej stronie tęczy”. Gorzki smak espresso był z kolei jak szarość dymu z komina, w którym ktoś pali plastikowymi śmieciami albo miałem węglowym w późnojesiennym, uwięzionym pod smogiem Krakowie. Gryzący obłok nie zwraca niczyjej uwagi i nikogo nie dziwi tak, jak by zwracał uwagę i dziwił, gdyby unosił się nad jednym z dachów na wyspie Capri u bram ogrodu botanicznego. Wprawdzie wyobrażenie włoskiej wyspy, na której ktoś spala w domowym piecu plastikowe butelki w czasie upalnego lata było cokolwiek surrealistyczne i bez sensu, ale przynajmniej pasowało do przeżyć ostatnich dni.

Dokończyłem ciastko, dopiłem kawę i wyszedłem na zewnątrz. Zadzwonił telefon. „Jak się czujesz?” – zapytał głos w słuchawce. „Adekwatnie do okoliczności” – odpowiedziałem słowami mojej zmarłej siostry. Rozłączyłem się i zapłakałem, po raz kolejny tego dnia. „Kurwa mać” – rzuciłem w powietrze i szybkim krokiem ruszyłem przed siebie. Pogoda była paskudna, wręcz idealna. Chłód i deszcz wspaniale współgrał z nastrojem. Gdyby tego dnia świeciło słońce, a ciepły wiaterek muskał mi twarz, oszalałbym z rozpaczy. A tak chociaż aura zachowała się przyzwoicie. Adekwatnie do okoliczności.

monikagrzesiak
Dr Monika Grzesiak-Feldman, członek Katedry Psychologii Społecznej UW, licencjonowany trener, wspaniała nauczycielka, promotorka, utalentowana badaczka, cudowna i mądra kobieta, fantastyczna mama, córka, żona. Moja siostra. Odeszła 8 października.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *