Największa góra w Europie

Największa góra w Europie

Posted on Posted in Po górach

Pierwszy raz zobaczyłem ją w dzieciństwie, ale jej widok towarzyszył mi przez całe moje późniejsze życie. Odkąd góry stały się moją miłością, myślałem o niej coraz częściej. Największa góra w Europie. Z każdym kolejnym razem, gdy gdzieś w oddali rysowała się jej charakterystyczna sylwetka, czułem wzbierającą we mnie pokusę, by ją zdobyć. Poznać jej ten zamknięty, endemiczny świat. Zdawała mi się niedostępna, okryta nieuchwytną mgiełką tajemnicy. Przyciągała mnie. Zawsze, gdy przemierzałem otaczające ją szlaki, niemal fizycznie czułem nieodgadnioną aurę, jaką roztaczała. Bywały dni, gdy wracałem z wyprawy w jej okolicach odmieniony, w jakiś trudny do opisania sposób nieobecny.

Próbowałem zatrzeć w swojej głowie jej obraz, zdobywając inne, piękniejsze szczyty. Ale ani Rysy o zmierzchu, ani Szpiglasowy Wierch w środku nocy, ani Babia Góra przed świtem, czy Śnieżka na kacu nie były w stanie przyćmić majestatu tej jedynej w swoim rodzaju góry. Nawet atak na najwyższy szczyt pasma Łysogór nie pomógł mi zapomnieć o niej. W końcu zrozumiałem, że muszę ją zdobyć, ujarzmić. Że tylko w ten sposób uwolnię się od jej cienia i wpływu.

Tamtej niedzieli niebo pokryte było szczelną, stalowoszarą warstwą gęstych jak 30-procentowa śmietana do zupy (lub do ubijania) chmur. Od kilku dni ziemia nasiąkała topniejącym śniegiem i padającym nieustannie deszczem. Warunki nie były sprzyjające, ale nie chciałem już czekać na okno pogodowe. Zainspirowany wyczynami Andrzeja Bargiela, postanowiłem zdobyć największą górę Europy w pojedynkę, w ciągu jednego dnia i jeszcze przed zmrokiem wrócić do bazy. Zrezygnowałem z ciężkiego plecaka i ruszyłem w drogę bez dodatkowego obciążenia, które mogłoby mnie spowolnić. Szlak dojściowy, który prowadził mnie do celu, zdawał się niechętny moim planom, co chwila chwytając moje stopy w grząskich objęciach i mlaskając z błotnistą dezaprobatą. Mimo trudności nie poddawałem się i w okolicach południa, po długim i męczącym biegu dotarłem do granicy lasu. Dalsza droga okazała się znacznie bardziej wymagająca, niż przypuszczałem. Moje stopy coraz mocniej zapadały się w grząskim terenie i z każdym kolejnym zdobytym metrem wysokości coraz trudniej było mi oddychać. Brnąłem jednak dalej, krok po kroku, oddech za oddechem. Do szczytu zostało mi zaledwie nie więcej niż piętnaście metrów, gdy musiałem się zatrzymać. Byłem odurzony spowijającym okolicę powietrzem, a moje buty zniknęły całkowicie, zatopione w gęstej błotnistej mazi. Dotarło do mnie, że nie będę w stanie zdobyć samego wierzchołka. Zdawałem sobie sprawę jak ważne jest umieć się wycofać. Odczuwałem wprawdzie żal, ale jednocześnie satysfakcję, że dobrnąłem niemal pod sam szczyt. W oddali dało się dostrzec miejsca, skąd przybyłem. Mój obóz, moja baza. Już nie mogłem się doczekać, by się tam znaleźć. Zawsze tak jest, gdy wyruszam na wyprawę. Całą drogę pod górę mam w głowie tylko zdobycie szczytu i wysiłek, jaki się z tym wiążę. Ale jak tylko zacznę schodzić, moje myśli zaczynają krążyć wokół tego, co zjem, jak dotrę na miejsce. Tego dnia nie było inaczej. Marzyłem już o cieplej zupie, miałem nadzieję, że to będzie pomidorowa.

– Jak Ci się biegało? – spytałam Żonka, gdy tylko przekroczyłem próg naszego mieszkania na Chomiczówce.

– A fajnie. Byłem dziś na górce śmieciowej. Gdyby nie słaba pogoda, byłoby widać centrum Warszawy. Wiesz, że czytałem, że Radiowo to największa góra w Europie? Śmieciowa oczywiście. A jak tam śmierdzi na górze.

Widok z największej góry w Europie. To, czego najbardziej nie czuje się na zdjęciu, to zapach, od którego aż kręci się w głowie. Ale pierwszy plan w pewnym stopniu oddaje ogólny klimat.

cof

Tydzień po pierwszej próbie zdobycia Radiowa podjąłem kolejną. Znów nie udało się zdobyć szczytu, ale widoki na warszawskie “city” wynagrodziły trud.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *