rozmyslania-z-biegania-o-polityce

O kartoflach, troglodytach i o tym, co z tego wynika.

Posted on Posted in Nie o bieganiu, Nocne bieganie

Czyli wieczorne rozmyślania o polityce i przyjaźni.

Był wieczór, gdy poszedłem biegać do lasu. Od dawna zastanawia mnie, dlaczego zwrot „poszedłem biegać” pasuje mi bardziej niż „pobiegłem biegać”. Ale tym razem o tym nie myślałem. Ważniejsze rzeczy przebiegały mi przez głowę, niczym moje dzieci po mieszkaniu, gdy dostaną typowego dla siebie „szwungu”. Dzień wcześniej odbyłem przez telefon kolejną burzliwą rozmowę z moim przyjacielem. Rozmowa, a właściwie kłótnia, trwała niecałą godzinę i nic z niej nie wyniknęło. Dyskutowaliśmy o Polsce, o najświeższych wydarzeniach, o ostatnim roku rządów PiS. Michał (imię zmienione, bo nie chcę, żeby Rafał miał do mnie pretensje, że o nim piszę 😉 ) jest od początku istnienia Prawa i Sprawiedliwości wielkim zwolennikiem tego ugrupowania. Za to ja jestem od kampanii wyborczej w 2005 roku wielkim przeciwnikiem tego ugrupowania. Od 10 kwietnia 2010 roku toczymy ciągłe dyskusje o naszym kraju i o naszej rozkrzyczanej scenie politycznej. Jedne bywają spokojne jak głos Pawła Lisickiego w porannym “Salonie Politycznym” w radiowej Trójce. Inne nerwowe jak rzucane przeze mnie przekleństwa, gdy słucham, jak Paweł Lisicki tym spokojnym głosem rozmawia z zaproszonymi do studia politykami. Z każdym rokiem nasze rozmowy częściej stawały się bardziej jak te przekleństwa niż jak ten głos. Aż wreszcie znaleźliśmy sposób na opanowanie złych emocji podczas naszych rozmów o polityce. Dyskusje o polityce zastąpiły rozmowy o górach, o tym, co nam się ostatnio przydarzyło, jak żony się miewają i czy dzieci zdrowe. Wydawało nam się, że przysypiemy w ten sposób te kotłujące się w nas emocje. Jak rozpalony grafit w rdzeniu zniszczonego reaktora atomowego elektrowni w Czarnobylu piaskiem i ołowiem. Sposób okazał się równie nietrwały jak ten w bloku nr IV i po kilku miesiącach względnego spokoju polityka, niczym promieniowanie gamma, zaczęła wydobywać się na zewnątrz. Najpierw w niewielkich dawkach, ale z każdym kolejnym zamieszaniem, z każdą kolejną sejmową awanturą, przepchniętą ustawą i rzuconą między politykami inwektywą wskazania naszego politycznego dozymetru zaczęły przekraczać coraz wyższe wartości. Podczas naszej ostatniej rozmowy osiągnęły wartość graniczną. Kto wie, jakby się to skończyło, gdybyśmy nie kłócili się przez telefon.

Moje emocje nie opadły od razu. Dopiero gdy następnego dnia wbiegłem do lasu, po jakichś trzech kilometrach rozmyślań na błotnistych ścieżkach, uświadomiłem sobie rzecz, która mnie zmroziła. Jeśli następnym razem któryś z nas rzuci słuchawką lub podczas dyskusji przy piwie jeden drugiemu da po ryju, to co zrobią ludzie zupełnie sobie obcy, ale tak jak my stojący po dwóch stronach politycznej barykady? I co takiego się wydarzyło, że w ogóle takie pytanie przyszło mi do głowy? Odpowiedź jest prosta, choć zawiera się w wielu słowach. Wypowiadanych przez lata. Niektóre cieszyły jednych i wywoływały wściekłość drugich. Niektóre wręcz odwrotnie. Jedne zaskakujące, pomysłowe i przebojowe, jak łże-elity, wykształciuchy, moherowe berety i dyplomatołki. Inne ciężkie niczym wrak samolotu, a wśród nich lump polityczny i katolicka ciota, naćpana hołota i dewianci psychiczni. Kartofla, alkoholika i małego zakompleksionego człowieka zastąpił swego czasu burak, troglodyta, nieokrzesaniec, pozbawiony kultury, taktu i rozumu. A wszystkie te i inne równie żartobliwe i życzliwe określenia tyczyły się dwóch kolejnych Prezydentów RP. Do tego wypadałoby dorzucić pisowskie bydło, szKODniki, POpaprańców, pajaców z Nowoczesnej, uliczną małpiarnię i dziesiątki innych pięknych słów. I radość jednych, że ktoś „zaorał” w telewizji przedstawiciela tych drugich. I pal licho, że politycy tak rozwinęli ten, jak to każda ze stron nazywa, „przemysł pogardy”. Mogliby zainwestować jeszcze w jakieś inne sektory, jak „rolnictwo głupoty” lub „budownictwo podziałów”, czy też „usługi cynizmu”. Po politykach, a przynajmniej sporej ich części ze wszystkich stron naszej sceny politycznej nie spodziewam się niczego godnego pochwały. Zresztą jak tu oczekiwać refleksji od kogoś, kto nie szanuje i nie słucha kogokolwiek o odmiennym zdaniu i jednocześnie potrafi zapytać retorycznie: „Jak można rozmawiać z kimś, kto jest głuchy na argumenty drugiej strony?” (Beata Mazurek). Jak spodziewać się zadumy po kimś, kto wyraża obawę o eskalację konfliktu i apeluje o podjęcie dialogu, będąc zarazem autorem piosenki ze słowami „Jak ja was kurwy nienawidzę, ja do was bym z kałacha bił”, które dedykował swego czasu organizatorom i uczestnikom protestów przeciw obecnej władzy (Paweł Kukiz)? Jak tu dostrzegać szczerość w słowach o potrzebie szybkich reform, które padły z ust ludzi z PO po ośmiu latach sprawowania władzy, na chwilę przed wyborami. Nie da się, mimo starań. Gorzej, że temu „leśnictwu arogancji” (nazwa równie sensowna co przemysł pogardy) poddali się również dziennikarze.

Nie to mnie jednak martwi najbardziej. Bardziej mnie martwi, co po idiotach i bydle. Ty szmato? A może ty ch.ju? Je..ny skur..synu? Za..bię Ci matkę, zasrany ubeku? Urwę ci te pedalskie jaja, lewacka cioto? Utnę Ci ten głupi łeb, pier…na pisowska gnido?

Dotarłem do miejsca, gdzie zawsze przystaję. Stanąłem na maleńkim wzniesieniu, na skraju polanki. Miałem stąd widok na zatopiony w wieczornym mroku las, na moje oddalone o kilka kilometrów osiedle z dziesiątkami rozświetlonych okien, za którymi zwykli ludzie zajęci byli swoimi niedzielnymi sprawami. Na pustą płytę lotniska Warszawa – Babice, po której spacerowała sarna. I na znikające w wieczornej mgle albo raczej śródmiejskim smogu sylwetki wieżowców “warszawskiego city”. Ze skrytą za nimi ulicą Wiejską, gdzie zdaniem jednych właśnie toczyły się dramatyczne wydarzenia, a według drugich miała miejsce niepotrzebna błazenada. Zrobiłem głęboki wdech, a płuca wypełniło przyjemnie rześkie, pachnące wilgocią powietrze. Patrzyłem na to wszystko z oddali, a z otaczającej mnie ciszy co chwila dobiegały nowe dźwięki, świadczące o toczącym się tu w lesie życiu. Przyszło mi do głowy, że Rafał .. yyy.. Michał w pewnym sensie ma rację, pytając, czy te wszystkie parlamentarne kłótnie i przepychanki mają jakiś wpływ na moją egzystencję. Ta cała kotłowanina w sali posiedzeń Sejmu, czy Sali Kolumnowej, w mediach, na marszach poparcia albo marszach protestu ma cholernie duże znaczenie. W końcu dotyczy Polski. Ale to znaczenie ma tam i zupełnie traci je tu, gdzie toczy się to prawdziwe, zwyczajne życie. Bo tu nie liczy się, kogo popieram. Pod Sejmem być może się kiedyś spotkamy, stojąc po dwóch stronach policyjnego kordonu, zgodnie z nową ustawą o zgromadzeniach, w odległości nie mniejszej niż sto metrów od siebie. To całkiem możliwe. Ale tu, na naszych osiedlach, u mnie, czy u niego w domu, na wspólnych wakacjach z naszymi rodzinami, męskim wypadzie w Tatry, piciu wódki na mieście, czy wyjściu na plac zabaw przy Fortach Bema, tu nie ma to znaczenia.

Stałem na maleńkim wzniesieniu, na skraju polanki, skąd roztaczał się niezmiennie przyjemny widok i postanowiłem napisać ten tekst. Pokazać go przyjacielowi, z którym w kwestii polityki różni mnie wszystko, od zdania o rządzących, po stosunek do uchodźców. A potem pójść razem na wódkę, albo piwo, albo może jakąś wiśniówkę. I rozmawiać. O górach, o tym, co nam się ostatnio przydarzyło, jak żony się miewają i czy dzieci zdrowe. Pobiegłem przez ciemny lecz przyjazny las w stronę domu, z uśmiechem na twarzy. Jutro zadzwonię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *