po-drugiej-stronie-Tatr-title-3

O nieznanym przejściu na drugą, pustą stronę Tatr.

Posted on Posted in Nie o bieganiu, Po górach

Szliśmy Doliną Białki z Łysej Polany. Czyste niebo wróżyło przyjemny marsz, poranne słońce ogrzewało nam twarze. Wilgoć parowała z zieleni i skał, mieszanka górskich zapachów płynęła do nozdrzy. Zmierzaliśmy nad jedno z najpiękniejszych tatrzańskich jezior, by zobaczyć odbijające się w jego lustrze Rysy i sąsiednie szczyty. Gdzieś za nami mieliśmy już parking na Palenicy i cieszyliśmy się ciszą. Nie widzieliśmy po drodze żadnego  samochodu, ani fiakrów, wozów i koni. Nikogo nie minęliśmy. Nigdzie nie było przenośnych toalet. Drobne kamienie przykrywały resztki nadkruszonego asfaltu. Z początku czułem obecność innych, choć wokół było pusto. Ledwie słyszalny gwar drażnił uszy, lecz z każdą chwilą cichł, aż wreszcie przykrył go pomruk potoku. Szumiały świerki, poświstywał wiatr, śpiewały ptaki. Powoli odsłaniała się grań Wołoszynów, poznałem Turnię nad Dziadem. Zawsze jej wypatruję w drodze do Morskiego Oka. Lecz teraz skały były trochę inne. Różnica była niewielka i trudną było ją nazwać.

Przez pierwszą godzinę spotkaliśmy pięć osób. Nie było panów w sandałach, pań w różowych strojach z dużym logiem znanej marki, dzieci w wózkach, znudzonych państwa w dorożkach, a pomiędzy nimi turystów w softshellach, butach trekkingowych i plecakach wyprawowych. A przecież na szosie do Łysej Polany korek ciągnął się przez 30 minut.

Stało się coś, co przeniosło nas w inny świat. Cichy, spokojny, bez tłumów, hałasu, dymu z papierosów, zapachu potu, perfum, piwa i toalet.

Znaleźliśmy niemal nieznane przejście na drugą, równoległą stronę.

Dokładnie na słowacką stronę. Mostkiem na Białce, tuż za dawnym przejściem granicznym. Przeszliśmy tam zaraz po wyjściu z zatłoczonego busa w Łysej Polanie. Wysiedliśmy tylko my, reszta pojechała dalej, na parking na Palenicy. Po chwili staliśmy przy wejściu na niebieski szlak. Ruszyliśmy równą, gruntową drogą na południe. Z lewej schodził ku nam porośnięty świerkowym lasem stok, z prawej mieliśmy szeroko rozlewającą się Białkę. Po kilkunastu minutach, po drugiej stronie potoku, asfaltową drogą szedł już barwny korowód turystów. Co kilka minut z miarowym stukotem kopyt przejeżdżały dorożki.

Po niecałej godzinie niespiesznego marszu dotarliśmy do wielkiej Polany Biała Woda. Stoi tam leśniczówka, jedyny zamieszkały budynek w dolinie. Oczy cieszył widok na Gerlach, Batyżowiecki i Kaczy Szczyt. Widać też było Młynarza i Niżne Rysy, a pierwszy plan zapełniała intensywna zieleń skoszonej trawy. Niegdyś wypasano tu owce, dzięki czemu Polana nie zarastała lasem. Po usunięciu pasterstwa w całych Tatrach w latach 70-tych, na słowackie hale owce już nie wróciły. Teraz widokowe walory tego miejsca utrzymuje się przez koszenie.

po-drugiej-stronie-Tatr-01
Polana Biała Woda.

Po chwili przerwy i kilku zdjęciach ruszyliśmy dalej. Słońce grzało coraz mocniej. Byliśmy sami i tak dobrej pogody jeszcze nie mieliśmy. Zajrzałem do mapy. W miejscu, gdzie byliśmy, po drugiej stronie Białki, na Polanie Stara Roztoka stoi schronisko im. Wincentego Pola. Pewnie było tam teraz pusto, choć potrzeba tylko dziesięciu minut, by zejść na miejsce z zatłoczonych Wodogrzmotów Mickiewicza. I piętnastu, żeby wrócić. Jedzenie, atmosfera, wnętrza, szarlotka na ciepło z lodami, cisza i spokój czynią to miejsce moim ulubionym schroniskiem w Tatrach. Od lat przynoszą też Roztoce miejsce w pierwszej trójce rankingu najlepszych schronisk w Polsce magazynu n. p. m. Choć jest tak blisko asfaltowej drogi do Morskiego Oka, niewielu nawet wie o jego istnieniu. Sprawdziłem kiedyś, że na stu turystów idących nad Morskie Oko, dziesięć osób skręciło do Pięciu Stawów i nikt do Starej Roztoki.

Po kolejnych kilkunastu minutach doszliśmy do miejsca, gdzie wody dwóch strumieni, Rybiego Potoku i Białej Wody łączą swoje nurty i dają początek Białce. Teraz szliśmy już wzdłuż Białej Wody. Granica polsko-słowacka zaczęła odchodzić w prawo i prowadziła dalej wznoszącą się powoli Żabią Granią ku Rysom. Niemal równoległe do tej pory szlaki  –  czerwony na Rysy i nasz pusty niebieski zaczęły się rozchodzić. Niedługo potem ukazał się nam widok wart każdego trudu. Ciężko uwierzyć, że spośród pewnie około 10 tysięcy turystów, którzy tego dnia dotarli do Łysej Polany i wyruszyli na wycieczkę asfaltową drogą, tak niewiele osób wybrało równoległą trasę po drugiej stronie Białki. Kiedy setki ludzi patrzyły w tłumie na taflę Morskiego Oka i wznoszące się nad nim szczyty, my bez żadnego towarzystwa cieszyliśmy się widokiem Doliny Białej Wody i efektownej, niemal pionowej, 300-metrowej ściany Młynarczyka i Nawiesistej Turni.

po-drugiej-stronie-Tatr-02
Nawiesista Turnia w Dolinie Białej Wody

Kilkanaście minut później staliśmy już u jej podnóża, na Polanie pod Wysoką. Urwista ściana z bliska robiła równie duże wrażenie. Jej dolną część porastał urwiskowy las, wyżej między skały wciskała się kosodrzewina a nad nią trawy. Nieopodal, z progu zawieszonej 300 metrów wyżej Doliny Ciężkiej spadał z szumem najwyższy wodospad w Tatrach, 100 metrowa Ciężka Siklawa. Znad tej malowniczej ściany wystawał wierzchołek Wysokiej, sąsiadki Rysów. Na Polanie pod Wysoką jeszcze przed wojną górale z Jurgowa wypasali owce. Stały tu ich szałasy. Stąd pasterze wyprowadzali swoje kierdle do wyżej położonych dolin. Jak wszystkie polany w Tatrach, tak i ta powstała, by owce było gdzie wypasać. Gdyby nie pasterstwo, rósłby tu wysoki las, a my na widoki musielibyśmy jeszcze trochę poczekać. Dopiero po przejściu przez mostek na Litworowym Potoku, podejściu zakosami pod próg Doliny Kaczej w pobliże spadającej z niego Kaczej Siklawy i wyjściu z lasu na piętro kosodrzewiny.

po-drugiej-stronie-Tatr-04
Polana pod Wysoką

Do tej pory przeszliśmy nieco ponad 9 kilometrów. Dokładnie tyle, ile jest z parkingu na Palenicy do Morskiego Oka. Nie tylko to było podobne. I tu i tam można zakończyć podejście na tym etapie, popatrzeć na widoki i wrócić, zbytnio się nie męcząc. I tu i tam można jeszcze podejść kawałek.

Naszą drogą wejść przez próg skalny przy wodospadzie, do Doliny Kaczej, na około 1600 m n.p.m.

Tamtą trasą można dotrzeć również przez próg skalny, tuż obok wodospadu, nad Czarny Staw pod Rysami na niecałe 1600 m n.p.m.

Naszym szklakiem warto pójść jeszcze dalej, piarżystym zboczem przez stromy wał moreny czołowej nad Litworowy Staw. W jego turkusowej, przejrzystej wodzie odbijają się Rysy i ich równie wysocy sąsiedzi. Gdy nie ma wiatru a niebo jest czyste, nie da się tego widoku porównać z niczym innym. Można iść jeszcze wyżej, stromym, kamienistym zboczem na Litworową Przechybę, siodełko, z którego widoki warte są dłuższej przerwy. Przejść nad Zmarzły Staw, skąd już blisko na Polski Grzebień, przełęcz na 2200 m. n.p.m. A potem wejść stromym ale łatwym szlakiem na pobliską Małą Wysoką, na 2429 m n.p.m. Świetnie widać z niej Gerlach. Zresztą w którą stronę by nie spojrzeć, jest pięknie.

po-drugiej-stronie-Tatr-05
Litworowy Staw w Dolinie Litworowej. W tle Ganek, a za nim Rysy i Niżne Rysy,

Tamtym szlakiem też warto iść dalej. Wejść na Bulę pod Rysami, ujrzeć z niej błyszczące w dole tafle Czarnego Stawu i Morskiego oka i oczywiście wdrapać się na Rysy, skąd widoki sięgają każdego krańca Tatr.

Z naszej wycieczki można wrócić tą samą trasą lub zejść malowniczą Doliną Wielicką do Starego Smokowca, mając przed sobą widok sięgający Popradu i Niżnych Tatr.

Z tamtej można też wrócić po swoich śladach lub zejść wielkiej urody Doliną Mięguszowiecką do Szczyrbskiego Jeziora.

Tyle podobieństw. Ale jedno robiło różnicę. Tu było pusto, a tam kolejki. Najwięcej osób na naszej trasie można spotkać na Polskim Grzebieniu, bo prowadzą tam trzy różne drogi. I na Małej Wysokiej. Ale nawet w tych miejscach jest kilkakrotnie mniej ludzi, niż w jakimkolwiek punkcie szlaku na Rysy. A przez większość czasu idzie się w samotności. Jak to możliwe? Bo niewielu przeszło na drugą stronę.

Żeby przejść na drugą stronę, nie tylko przebyłem most na Białce. Musiałem wcześniej zadać sobie trochę trudu. Wziąć do ręki przewodnik, poczytać o Tatrach, wyszukać mniej znane trasy. Trudno uwierzyć, że jest ich tak dużo i są tak blisko. Często wystarczy 10 minut, by z zapchanego szlaku przenieść się w strefę samotnej wędrówki. To była pierwsza rzecz do zrobienia. Ale było coś jeszcze. Coś ważniejszego.

Musiałem jeszcze dać sobie spokój z fotkami na Instagramie i na Facebooku. Iść w góry nie po to, by zdobyć szczyt i pochwalić się tym przez smartfona. Musiałem pójść tam dla siebie. Po to, by tam być i przeżywać każdą chwilę. Bez tego nie dałbym rady. Bo jaki byłby sens wycieczki do Doliny Kaczej i Litworowej, które mało kto w ogóle kojarzy, jeśli chciałbym tym zaimponować znajomym z Facebooka? Po co miałbym się męczyć dla zdjęcia na Polskim Grzebieniu, albo tym bardziej na Małej Wysokiej, skoro niewielu wie, że to daleko i wysoko? Szczególnie gdy nazwa jest trochę myląca. W końcu to Mała czy Wysoka? Lepiej iść nad Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami, a potem na Rysy. Łańcuchy, trudności, wysokość na pewno wzbudzą uznanie. Każdy słyszał, że to trudna i męcząca trasa. Nawet gdy nie wie, gdzie dokładnie Rysy w tych Tatrach są.

Wszystko to wiem, bo przejście na drugą stronę znalazłem niedawno. Wcześniej przeszedłem wszystkie szlaki w Polskich Tatrach i część po słowackiej stronie. Zrealizowałem kilka swoich projektów. Projekt Szarlotka, Tatry od wieczora do wieczora, Tatry Zachodnie w jeden dzień i jeszcze sporo innych. Wszystko po to, by się sprawdzić i coś sobie udowodnić. Wyznaczyć ambitny cel, zrealizować go, a potem czym prędzej się tym pochwalić. Pokazać, że stać mnie na wiele. Czy wbiegłbym na Rysy o świcie, dzień po wejściu tam z kumplami, gdybym nie chciał wrzucić zdjęć ze wschodu Słońca na swoim fanpage’u? Nie wiem. Ale pamiętam nerwy, gdy na górze nie miałem zasięgu, a przy zejściu nie mogłem go złapać. Chciałem pokazać, że jest jeszcze ranek, a ja już byłem na szczycie, taki jestem mocny. Tylko tym się zająłem, tracąc okazję, by w pełni przeżyć te chwile. Tak było zawsze, gdy w górach robiłem coś według mnie efektownego.

Odkąd jestem w górach dla siebie, nie pokazuję zdjęć innym. Chyba, że ktoś zechce popatrzeć. Jeśli idę w góry z żonką, to po to, by wspólnie z nią podziwiać widoki. Tylko z nią. Zbyt jestem wtedy szczęśliwy, żeby chcieć jeszcze towarzystwa kogoś z Facebooka. Gdy chodzę po szlakach z kumplami, robię to, by w drodze pogadać, trochę pokłócić się o politykę, razem cieszyć się wędrówką, a po zejściu niżej robić przerwy na napój z piersiówki. A gdy sam biegnę po górach, to po to, by pobyć z samym sobą, oczyścić głowę i zmęczyć ciało. Fakt, co chwila wyciągam telefon, albo aparat i fotografuję. Choć niezbyt umiem, lubię to robić. Ale już nie po to, żeby się tym zaraz podzielić. Bo każde zdjęcie wrzucone do sieci, zwłaszcza wrzucone od razu, odbiera mi chwilę, którą przedstawia. Przestaje być moja. Gdy już je wrzucę, czekam na lajki i komentarze. Każdy, kto wrzuci, ten czeka.

Szliśmy obok potoku, wśród coraz rzadszej kosówki. Szlak zrobił się stromy. Czyste dotąd niebo szybko zakryły chmury. Pomruki krążącej gdzieś burzy przybrały na sile. Podchodziliśmy dalej. Bardzo chcieliśmy dotrzeć chociaż nad Litworowy Staw. Minęło już tyle godzin, że żal było odpuszczać. Tak długo iść i nigdzie nie dojść? Burza pewnie nas minie, poza tym szlak był łatwy, bez ekspozycji. Mieliśmy dobre ubrania, wiedzieliśmy co robić. Szliśmy rozproszeni. Jak pioruny zaczną bić blisko, każdy ukucnie na plecaku, złączy stopy, przykryje się ponczo i poczeka, aż wszystko przejdzie. Ale jeszcze na dole, gdzieś koło Polany pod Wysoką, rozmawialiśmy o tej tragicznej burzy nad Giewontem, o której jeszcze długo będzie się mówić. Nie mogliśmy zrozumieć, jak można było wtedy iść dalej, gdy od co najmniej godziny dało się dojrzeć, a potem usłyszeć nadchodzące kłopoty. Na co ci ludzie liczyli? Że akurat ich nic złego nie spotka?

A teraz co? Sami chcieliśmy zrobić to samo? Po kilku kolejnych grzmotach przypomnieliśmy sobie, że dziś mieliśmy po prostu wędrować. Bez planu, że trzeba koniecznie gdzieś dotrzeć. I że burza wśród skał potrafi być groźna. Zawróciliśmy. W schodzeniu w górach tą samą drogą jest jedna wielka zaleta. Nie trzeba patrzeć za siebie, by patrzeć na miejsca, z których się przyszło. Po kilku minutach lunęło. Pioruny trącały szczyty wokoło. Ale od nas trzymały się z dala. Burza nas zignorowała. Nie było nam szkoda, że już wracamy. Przecież wciąż szliśmy i patrzyliśmy.

Zeszliśmy z progu Doliny Kaczej i znów zachwyciliśmy się urodą urwistej ściany Nawiesistej Turni i Młynarczyka.

po-drugiej-stronie-Tatr-10
Dolina Białej Wody i ściana Młynarczyka spod progu Doliny Kaczej.

Wkrótce dotarliśmy do jej podnóża. Wciąż padało. Skręciliśmy w lewo, w wąską ścieżkę. Zawiodła nas do drewnianej wiaty. To jedyne w Tatrach Słowackich obozowisko taternickie. Poza dużym zadaszeniem są tu drewniane platformy, stojące nad ziemią na krótkich palach. Można tam rozbić namiot i nie martwić się o zalanie. Usiedliśmy pod dachem. Z jego krawędzi spływały zasłony wody. Wyciągnęliśmy co kto miał jeszcze w plecaku. Następne pół godziny przegadaliśmy. To było jak dotąd jedno z moich najlepszych wyjść w góry. Pierwsze bez założenia, że gdzieś trzeba dotrzeć. I bez wchodzenia jak najwyżej i najdalej.

Rok później tu wróciliśmy. Tym razem weszliśmy na Polski Grzebień i Małą Wysoką, choć wcale się nie spieszyliśmy. Niebo i góry przez cały dzień były nietknięte przez chmury, a my nie mogliśmy się nadziwić, jak piękne i ciche mogą być Tatry. Tego dnia zrobiłem prawie trzysta zdjęć. Miałem już pomysł, że opiszę tę trasę, dodam ładne fotki i wrzucę do sieci. Pochwalę się, jak mądrze teraz chodzę po górach.


po-drugiej-stronie-Tatr-03
U stóp Nawiesistej Turni i Młynarczyka

 

po-drugiej-stronie-Tatr-06b
Litworowy Staw.

 

po-drugiej-stronie-Tatr-07
Widok z Małej Wysokiej w stronę Doliny Litworowej i Doliny Białej Wody. W tle Ganek, Rysy, Niżne Rysy, Młynarz i wiele innych.

 

po-drugiej-stronie-Tatr-08
Gerlach, Wielicki Szczyt i Polski Grzebień z Małej Wysokiej.

 

po-drugiej-stronie-Tatr-09
W Dolinie Litworowej.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *