biegacz-idiota

Biegacz idiota.

Posted on Posted in Historie biegowe, Miejskie bieganie, Nie po górach

W pewien piękny wiosenny wieczór wracałem z pracy rowerem i gdy jechałem skrajem Parku Szczęśliwickiego, uderzył mnie widok tłumów biegaczy, którzy niczym dżdżownice po deszczu gromadnie wylegli na ścieżki i chodniki. Na kogo z nich bym nie spojrzał, każdy miał na sobie kolorowe ciuchy z logiem którejś ze znanych sportowych marek, a większość z nich buty do biegania nienoszące śladów użytkowania. Aż głupio mi się zrobiło, gdy pomyślałem, w jakim zabłoconym obuwiu zdarza mi się wychodzić na przebieżkę. A gdy przez nieuwagę zakładam je jeszcze w domu, resztki wykruszonego z podeszew zaschniętego błota znaczą potem przebyte po mieszkaniu trasy. Z przedpokoju do szafki w salonie, bo oczywiście muszę zapomnieć zabrać opaskę na uszy. Z salonu do toalety, bo jeszcze przed wyjściem muszę się „dowysikać”. Z toalety do kuchni, żeby jeszcze napić się wody i złapać garść rodzynek. A na koniec z windy do przedpokoju, żeby zabrać telefon, odłożony przy okazji wracania się po opaskę. A to właśnie telefon, a dokładniej smartfon wydaje się obecnie najbardziej potrzebnym wyposażeniem biegacza. Jest wręcz nieodzowny. Podejrzewam, że właśnie dlatego dało się go zauważyć w specjalnym etui na ramieniu co drugiego parkowego sportowca, którego mijałem owego słonecznego wieczora. Mogę się założyć, że każdy miał uruchomioną odpowiednią aplikację, podającą tempo, pokonany dystans, spalone kalorie, różnice wysokości i informację najważniejszą dla biegacza wybierającego się na trening po swoim sąsiedztwie – jego położenie na mapie określone przez GPS. Prawie każdy smartfon połączony był kabelkiem z uszami sportowca, które zdobiły designerskie słuchawki nagłowne lub dokanałowe, jakie to określenia znalazłem ostatnio w materiałach reklamowych jednego z producentów takiego sprzętu. Ze wszystkich moich obserwacji najmocniej zaciekawił mnie fakt, że najlepiej wyposażeni byli biegacze najbardziej wyglądający na “biegaczy od tygodnia”. Najnowsze “najki”, koszulka techniczna, spodenki, skarpetki i czapeczka z takim samym znaczkiem, słuchawki sportowe, smartfon, opaska na nadgarstku, falujące wałeczki na brzuchu i ciężki krok, jakby dźwigali jeszcze plecak z pełnym survivalowym rynsztunkiem. Wiem, to nieładnie naśmiewać się z początkujących, bo przecież od czegoś trzeba zacząć. Nic jednak nie poradzę, że bawią mnie tacy sportowcy, którzy zaczynają od, za przeproszeniem, dupy strony. Ze stroju i sprzętu wyczynowcy, z brzucha kanapowi koneserzy drapania się po jajach. A bieganie to fantastyczny sport między innymi dlatego, że wystarczą do jego uprawiania jedynie przyzwoite biegowe buty. Reszta nie ma już znaczenia.

Biegacz amator zanim stał się biegaczem amatorem, spróbował swoich sił w Biegu Chomiczówki, przyodziewając, co miał. Niestety.
Biegacz amator zanim stał się biegaczem
amatorem, spróbował swoich sił w Biegu
Chomiczówki, przyodziewając, co miał.
Niestety.

Gdy pewnej zimy jakieś dziesięć lat temu postanowiłem na dobre wrócić do biegania, kupiłem sobie tylko buty. Brzydkie, szaro-bure asicsy, wyglądające jak przyniesione ze straganu Wietnamczyka na Stadionie X-lecia. Wyciągnąłem z szafy stare, granatowe, bawełniane spodnie dresowe z białym paskiem, znalazłem swój równie stary, ciemnobrązowy sweter z grubej włóczki, a od przyszłej żonki pożyczyłem wydzierganą na szydełku, ażurową czapkę zimową. Cały zestaw prezentował się oszałamiająco, a ja zupełnie nie przejmowałem się swoim wyglądem zabiedzonego gamonia. Pomiar czasu realizowałem przez niedopuszczalne dziś dla biegaczy rozwiązanie, sprawdzając na swoim wskazówkowym, całkowicie niesportowym zegarku godzinę rozpoczęcia treningu, a potem porę jego zakończenia. Dystans mierzyłem na papierowej mapie okolicy, zamówionej specjalnie w tym celu w Centralnym Ośrodku Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej na Żurawiej. Jej stosunkowo mała skala 1:10000 pozwalała mi odmierzać linijką pokonywane przeze mnie trasy, a dokładność takiego pomiaru zależała wyłącznie od mojej skrupulatności. Nie miałem żadnych gadżetów, żadnego specjalistycznego wyposażenia. Nie zastanawiałem się, ile spalam podczas treningu kalorii, ani w jakim tempie pokonuję kolejny kilometr. Nie dzieliłem się z nikim szczegółami swoich biegów, chyba, że ze znajomymi przy okazji jakiejś luźnej rozmowy. To była czysta, odsączona ze wszystkiego, co nie było samym bieganiem, przyjemność z przemierzania leśnych ścieżek. Wydestylowana radość przewietrzania głowy ze zmartwień i niepotrzebnych myśli, bez udawania sportowca, którym nigdy nie byłem. A gdy mijałem się z innym biegaczem – amatorem i gdy pozdrawialiśmy się machnięciem ręki, towarzyszyło mi poczucie, że jesteśmy w podejściu do biegania podobnie bezpretensjonalni.
Co takiego się stało, że to się zmieniło? Teraz do biegu po znanej sobie od lat okolicy potrzebujemy geolokalizacji, a do codziennego, kilkudziesięcio-minutowego treningu bielizny termoaktywnej, choć zwykłych majtek nie zdążymy przez ten czas nawet  trochę spocić. Na stopach musimy mieć aktualny model LunarGlide’ów lub innych rozpoznawalnych butów, bo w zeszłorocznych nie wypada się pokazywać. A na ręku zegarek dla sportowców z całym mnóstwem funkcji, wśród których zwykły stoper wydaje się archaiczny i nikomu nie potrzebny.
Myślałem o tym dłuższą chwilę, gdy nadszedł już najwyższy czas wyruszyć. Założyłem koszulkę techniczną, biegowe leginsy, na głowę czapeczkę “najka”, a nadgarstek owinąłem “buffą”, wielofunkcyjną chustą z mikrofibry z antybakteryjnym wykończeniem na bazie jonów srebra – na wypadek, gdyby zrobiło się chłodniej. Ubierając się w to wszystko, po raz kolejny zamarzyłem o kupieniu sobie bielizny termoaktywnej z wełny merynosowej. Dotąd tego nie zrobiłem tylko z braku pomysłu, jak wytłumaczyć żonie wydatek ponad czterystu złotych na koszulkę i majtki. Na nogi z wysiłkiem wcisnąłem skarpety kompresyjne, a następnie wbiłem stopy w trailowe buty biegowe Brooks’a. Do plecaka biegowego załadowałem bukłak z wodą i kurtkę przeciwdeszczową z Gore-Texu, bo na niebie wypatrzyłem kilka ciemniejszych chmur, a nigdy nie wiadomo, kiedy się wbiegnie w ulewę. Zapiąłem torbę biodrową z wpiętymi na jej pas mini-bidonami, a do jej wnętrza wrzuciłem trzy batony proteinowe, garść rodzynek i żel energetyczny. Zakładając swój wysłużony zegarek sportowy G-Shock, po raz kolejny pomyślałem o sprawieniu sobie nowego smartwatcha z GSP’em. Wychodząc chwyciłem smartfona, a w drodze na zewnątrz z mozołem przeplotłem pod ubraniem kabelek sportowych słuchawek dokanałowych. Wyszedłem na powietrze i uruchomiłem aplikację Endomondo z postanowieniem, że jeśli uda mi się “wykręcić” dobry czas, udostępnię trening na Facebook’u. Ruszając na swój niespełna godzinny trening po pobliskim parku leśnym, powiedziałem jeszcze na głos do siebie – “nie biegacz amator, a biegacz idiota” i pognałem w stronę lasu z uśmiechem na twarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *