Babia Góra 1

Babia Góra i świt

Posted on Posted in Nocne bieganie, Po górach

Była druga w nocy, gdy zszedłem do baru po śniadanie. Za ladą dwie barmanki uwijały się, napełniając piwem kolejne kufle. Przy dębowych stołach rozmówcy z trudem przekrzykiwali muzykę. Na parkiecie zostali najwytrwalsi. Wśród wyłożonych drewnem ścian jedynego w okolicy lokalu czuć było zapach trwającej w najlepsze imprezy. Poczekałem przy barze i ku zdziwieniu sąsiadów z kolejki, zamiast kufla piwa odebrałem zamówiony wczoraj prowiant. Zacząłem swój dzień zanim inni zakończyli poprzedni.

Czas naglił. Zostało pół godziny do spotkania na Przełęczy Krowiarki. Stamtąd mieliśmy w świetle latarek dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Poczekać na wschód słońca i cieszyć się widokami. Jeszcze dzień przed przyjazdem braliśmy pod uwagę wejście trasą od słowackiej strony. Była wprawdzie dłuższa, ale prowadziła poza terenem parku narodowego. Nie chcieliśmy ryzykować mandatu za chodzenie zamkniętymi po zmroku szlakami. Poza tym wiedzieliśmy, że zwierzęta potrzebują w nocy spokoju. Tak robią świądomi turyści. W końcu jednak uznaliśmy, że o tej porze nie spotkamy tam żywej duszy, a tym bardziej żywej duszy pracownika parku. I że jak będziemy cicho, miejscowa fauna się na nas nie pogniewa.

Opuściliśmy w pośpiechu gościnne wnętrza Zajazdu Chyżne i spod granicy polsko-słowackiej ruszyliśmy w stronę Zubrzycy Górnej. Z każdą minutą jazdy czuliśmy coraz większą ekscytację. Nigdy wcześniej nie byliśmy na Babiej Górze, a tym bardziej nie oglądaliśmy z niej wschodzącego słońca. Nie mogłem się doczekać, by zobaczyć Tatry z innej perspektywy. Rosła też we mnie obawa. Przywykłem już do nocnego biegania po lesie, ale tam, gdzie zazwyczaj się wybierałem, nie było niedźwiedzi. Wprawdzie wiedziałem, że nie ma się czego bać, ale mój strach miał gdzieś głos rozsądku. Na szczęście miała do nas dołączyć jeszcze Gabrysia i dwoje jej znajomych. Znacznie rosła więc szansa, że jeśli będziemy wystarczająco szybcy, to nie my zostaniemy zjedzeni.

Zbliżaliśmy się do miejsca spotkania. Próbowałem przypomnieć sobie, czy wziąłem wszystkie latarki, gdy zaraz zrozumiałem, że mogłem nie brać żadnej. Było sporo przed trzecią, gdy dotarliśmy na parking na Przełęczy Krowiarki. Zatrzymałem samochód i wyłączyłem silnik. Światła zgasły, ale wciąż było jasno. Dziesiątki świecących punkcików kręciły się po całej okolicy. To strumienie latarek wędrowały po drzewach i zaparkowanych gęsto autach. Powiedzieć, że nie byliśmy sami to tak, jakby stwierdzić, że w godzinach szczytu na ulicach Warszawy nie jest luźno. Strach przed niedźwiedziem wyparował. A z nim nadzieja na spokój i ciszę.

Dołączyliśmy do czekającej już na nas trójki równie zdziwionych towarzyszy. Za chwilę okazało się, że to nie koniec zaskoczeń. Wątpliwości, czy nocne chodzenie po szlakach Babiogórskiego Parku Narodowego jest w porządku, rozwiał strażnik, sprzedający bilety wstępu. Dowiedzieliśmy się od niego, że tu tak jest zawsze w weekendy. A w ten to już w ogóle. Chyba, że nie ma pogody. W poniedziałek będzie pusto.

Że też nie pomyślałem. Przecież był długi sierpniowy weekend. Już wczorajszy szybki wypad do ulubionej knajpki w Zakopanem powinien mi to uświadomić. Wiedziałem, że będzie gęsto, ale nigdy bym nie przypuszczał, że na Krupówkach da się upchać tylu ludzi. Równie radośnie musiało być na ulubionych przez turystów szlakach. To taki szczególny czas, gdy nawet zupełnie różne miejsca w Polsce i tak samo od siebie odległe, wyglądają identycznie. Na przykład plaża we Władysławowie i okolica Morskiego Oka. I tu i tu tysiące stóp w klapkach, gołe brzuchy, lejące się piwo i kipiące kosze na śmieci. Liczyłem jednak, że nikomu nie przyjdzie do głowy pchać się po nocy na Babią Górę. Bo skoro wszyscy pojechali nad morze i w Tatry, to tu nie powinno być nikogo. A jednak jakimś cudem znalazły się setki takich jak my amatorów romantycznych wschodów słońca. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak znaleźć miejsce w sznurze ludzi ciągnących gęsiego na górę i ruszyć do celu.

Babia Góra 1Latarki nie były chwilami w ogóle potrzebne. Używaliśmy ich, bo je ze sobą wzięliśmy. Trochę też po to, by wyglądać bardziej zawodowo. Tempo naszej wędrówce nadawał największy z nas. To był niespieszny rytm, przetykany częstymi postojami. Największy łapał wtedy oddech, opierał swoją tęgość na odartym z kory kiju i klął kwieciście, schylony w pół. Jakby wypominał Babiej Górze, że tak zdecydowanie wystaje z ziemi, zamiast rozłożyć się łagodnie na całym Beskidzie Żywieckim. Na szczęście nie wybraliśmy się razem na Rysy. Nie dość, że zeszłyby się nam dwa dni, to jeszcze góra nasłuchałaby się siarczystych żali za swoją wyniosłość.

Wreszcie wyszliśmy z piętra lasu. Świetlny wąż wił się przed nami wśród kosodrzewiny i znaczył dalszy przebieg szlaku. Powoli zaczynałem rozumieć wyjątkowość szczytu, na który wchodziliśmy. W dole migotały światła miasteczek i wsi. Zdawały się leżeć w zupełnie innym świecie. Patrzyłem na nie z panującego nad okolicą masywu i mimo setek ludzi wokół czułem, że urwałem się codzienności z łańcucha. Wiedziałem już, że obrazy, które widzę i które jeszcze dziś zobaczę, wywołam w kolorze, na ładnym papierze. Po czym ułożę je w jednej z tych szufladek w mojej głowie, w których udaje mi się utrzymać względny porządek. Do takiej z napisem “na nastrój”.

Do szczytu zostało niewiele i po godzinie dotarliśmy do celu. Mieliśmy jeszcze dużo czasu, więc mogliśmy spokojnie przemarznąć do kości, przy okazji chłonąć widoki. A te były warte poświęcenia. Dygoczące z zimna ciało, sine i drżące usta, skostniałe palce i ciężkie z niewyspania powieki to była promocyjna cena za widokową ofertę Babiej Góry. Z każdą minutą jaśniejące niebo odsłaniało przed nami coraz więcej. Sylwetki Tatr podane na tacy, choć o wierzchołkach nadgryzionych przez chmury. Falujący pejzaż zielonych beskidzkich wzgórz i zatopionych we mgle dolin. A nad tym różowa poświata, zapowiedź świtu. Gdy nadszedł, zostało patrzeć i nie odrywać wzroku. To, co się za chwilę stało, było malarskim arcydziełem, olśniewającym spektaklem. Staliśmy wysoko ponad okolicą i patrzyliśmy jak Słońce szybko wspina się nad horyzont, by po chwili zniknąć za rozwieszoną nisko zasłoną z chmur. Czuliśmy, jak obraca się Ziemia. Widzieliśmy to.

Babia Góra 10

Setki widzów wpatrzonych w tę samą scenę podkreślały tylko wyjątkowość tego przedstawienia. Bo każdy z nich zrobił to samo, coś niecodziennego. Każdy zadał sobie trud, poświęcił sen i zniósł niewygody dla tego jednego, zatopionego w pomarańczowej poświacie momentu życia, do którego będzie mógł wracać, gdy zabraknie światła. Choć, jak się miało zaraz okazać, byli i tacy, którzy tę chwilę rozpuścili w wiśniówce, tracąc szansę na wyraźne wspomnienia. Jak zdołali potem zejść, nie łamiąc nóg i nie tłukąc głów, pozostanie tajemnicą. Moje obrazy zachowały się doskonale. Od prawie roku ciągle sięgam do ulubionej szufladki, co już nie raz pomogło mi przebrnąć przez szpetne dni i podłe okoliczności. Jak tylko mogę, dodaję kolejne kadry. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.


Babia Góra 70Babia Góra 30Babia Góra 60Babia Góra 40

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *