O mnie

Pewnego dnia dokonałem błyskotliwego odkrycia, że nie jestem już dwudziestoparolatkiem, przed którym życie zalotnie roztacza cały wachlarz wspaniałych możliwości. Zupełnie nie rozumiem, jak mogłem przez kilkanaście lat tego nie zauważyć. Być może uwagę odwróciła moja kochana, mądra żona (która ma świetny tyłek) i moje kochane, mądre córki (które mają śliczne buzie, a jak dorosną to pewnie i … a, nieważne). Albo to fakt, że od kilkunastu lat pracuję jak szalony i niewiele z tego szalonego biegu wynika, odwrócił moją uwagę od tego, że być może minąłem już półmetek. Nie mam powodów do narzekań, nie jestem sfrustrowanym prawie-czterdziestolatkiem, mam wokół siebie wspaniałych ludzi, rodzinę i przyjaciół, ale od tego dnia dużo o tym rozmyślam.

Pewnie dlatego niedawno przyszła mi do głowy pewna myśl. Może niezbyt finezyjna, ale gdy już przyszła, pozostała pod czaszką na dobre:

Życie jest jak dwutygodniowy urlop nad morzem. Pierwszy tydzień to czas beztroski. Perspektywa pakowania brudnych ciuchów do walizek wydaje się na tyle odległa, by nie myśleć o tym, co będzie po powrocie. Ale już w połowie wypoczynku w głowie zaczyna kołatać się myśl, że za parę dni będzie po wszystkim i to najwyższa pora dobrze wykorzystać czas, który pozostał. Nie trzeba narzekać, że pogoda w kratkę, woda zimna, jedzenie byle jakie, a inni grzeją się w tropikach. Bo i tak jest nieźle, a okolica oferuje mnóstwo atrakcji nawet w niepogodę. Jestem mniej więcej w połowie wyjazdu i nie zamierzam tracić już ani chwili. Mając nadzieję, że nie będę musiał spakować się wcześniej, biegam, kiedy i gdzie się da, by nie żałować, że zmarnowałem czas przesiadując na zatłoczonej plaży za parawanem na składanym krzesełku z puszką piwa w ręku. O tym jest ten blog. 

 

slimak-2

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *