300km2

300 kilometrów

Posted on Posted in Historie biegowe, Miejskie bieganie, Nie po górach, Po górach

Z PAMIĘTNIKA ZADANIOHOLIKA.

Początek grudnia, wtorek rano.

Nareszcie się uwolniłem. Uciekłem od niej, choć nie sądziłem, że mi się uda.

Kręta, wąska ścieżka prowadziła to w górę, to w dół. Podeszwy butów wgryzały się w błoto, wydając przy każdym kroku dźwięk, jakby mlaskały z zadowolenia. Biegłem wzdłuż krawędzi wąwozu. Po chwili droga skręciła i po ostrym zbiegu znalazłem się kilkanaście metrów niżej, na dnie dolinki wyschniętego potoku. Szlak zakręcał teraz co chwila, omijając leżące w poprzek, powalone drzewa. Gęsty, grądowy las dawno pozbył się resztek zieleni i pozwalał patrzeć daleko przed siebie. Pomiędzy starymi dębami, lipami i klonami przemykał zimny wiatr. Dywan opadłych liści w rdzawych odcieniach brązu, szare, spowite chmurami niebo i nagie gałęzie tworzyły pełen uroku pejzaż.

Po mocnym podbiegu przystanąłem na szczycie pagórka. Stałem i patrzyłem przed siebie, a wilgotne powietrze wypełniło mi płuca. Ogarnął mnie spokój, choć jeszcze godzinę temu była we mnie złość. Teraz czułem się wolny. Pierwszy raz nie sięgałem nerwowo do pasa, żeby zatrzymać czas. Nie wyciągałem telefonu, żeby włączyć pauzę, gdy rozwiązało mi się sznurowadło, albo zachciało mi się sikać. Nie sprawdzałem, czy na pewno wznowiłem czas po ruszeniu dalej. Nie pilnowałem tempa, nie nasłuchiwałem wymawianych ze sztucznym akcentem informacji lektorki, w jakim czasie przebiegłem ostatni kilometr. Dziś po raz pierwszy biegłem bez Endomondo. Gdy miałem ochotę, przystawałem. Gdy chciałem posiedzieć i popatrzeć przed siebie, siadałem i patrzyłem. I czułem się świetnie. A to wszystko dlatego, że zapomniałem podłączyć na noc telefon do ładowania. Rano nie było już czasu i zanim ruszyłem na poranne bieganie, bateria padła. Na początku byłem zły. Dzisiejszy trening nie doda mi się do statystyk. Przeszło mi nawet przez myśl, że w takim razie nie warto dziś wychodzić. Jednak wyszedłem. I nie minął nawet kilometr, gdy zrozumiałem, jak wspaniale biec bez pilnującej mnie elektroniki. Czułem lekkość, radość, spokój i wolność.

Zrozumiałem, że gdy biegnę z włączonym Endomondo, mierzącym mój trening, ciągle pilnuję czasu, tempa i dystansu. Skupiam się na wynikach, a samo bieganie przestaje być relaksem, a staje się zadaniem do wykonania. Sprawdzam się, testuję, biję rekordy. I im dłużej to trwa, tym łatwiej podejmuję się kolejnych wyzwań. I tym bardziej oddalam się od tego, czym kiedyś było dla mnie bieganie. Ale teraz wszystko będzie już dobrze. Właśnie pokonywałem kolejne kilometry i żaden głos nie mówił mi, jak szybko to robię. Nie wiedziałem nawet, ile jak dotąd pokonałem kilometrów. Udało mi się, choć przypadkiem. Biegłem bez Endomondo, uciekłem od zadaniowości.

21 stycznia, wtorek rano.

196-ty kilometr
Dziś muszę przebiec półmaraton. Chcę dobić do dwustu. Muszę, jeśli chcę osiągnąć cel. A ten wydaje się już blisko. Zadanie 300 kilometrów w styczniu mam już w zasięgu.

197 km
Zaczynam czuć zmęczenie, bo trenuję prawie codziennie. Ale się nie poddaję.

198 km
Im wyżej ustawiona poprzeczka, tym większa satysfakcja z jej przeskoczenia. A już jedną w nowym roku pokonałem.

199 km
Dwa dni temu biegłem w zawodach na 15 km. Postanowiłem pokonać trasę w czasie poniżej godziny. Musiałem utrzymać tempo w granicach 4 minut na kilometr. I zrobiłem to.

200 km
Udowodniłem sobie, że potrafię. Że jestem szybki i wytrwały. Mocny i twardy. Stawiam sobie wyzwania i je pokonuję

28 stycznia, wtorek rano.

263 km
Zadanie na dziś – dziewiętnaście kilometrów. Muszę przycisnąć, bo wczoraj nie biegałem. W sobotę też nie, bo były urodziny Amelki, a w niedzielę starczyło czasu tylko na szybką dychę. Już się bałem, że z projektu 300 z styczniu nic nie wyjdzie, bo dopadło mnie przeziębienie i poniedziałek musiałem odpuścić.

264 km

Nie wiem, co by było, gdyby syrop z czosnku, cytryny i miodu nie pomógł. Rozważałem pokonanie ostatnich 50 kilometrów z gorączką. Ubrałbym się cieplej i tyle. Szkoda byłoby rezygnować tak blisko celu i po tylu godzinach treningów. Na szczęście czuję się już dobrze. Rano jeszcze wychyliłem 3 kieliszki mikstury i wróciłem na trasę.

265 km
Cel jeszcze nie osiągnięty, a ja już myślę o nowym zadaniu. Wczoraj wysłałem zgłoszenie do udziału w Hardej Suce. To podobno jeden z najtrudniejszych triathlonów na świecie. Odkąd kilka lat temu zostałem przez przypadek pod schroniskiem przy Morskim Oku wzięty za uczestnika i zebrałem nawet gratulacje za zajęcie trzeciego miejsca, myśl o podjęciu wyzwania siedziała mi w głowie.

266 km
Wreszcie przyszedł na to czas. 5 kilometrów pływania w zimnych wodach Zalewu Orawskiego, 240 kilometrów jazdy na rowerze dookoła Tatr i 55 kilometrów biegu główną granią. Razem 300 kilometrów. 8000 metrów przewyższeń. A wszystko w limicie 30 godzin.

267 km
To jest dopiero wyzwanie. Przeczytałem dokładnie regulamin, sprawdziłem limity czasowe każdego z etapów i wyszło mi, że się mieszczę.

268 km
Nie wiem tylko, czy dam radę udźwignąć całość. Nigdy nie startowałem w żadnym triathlonie. Nawet w ¼ Iron Mana. A tu jest więcej niż cały. Ale co tam.

270 km

W życiu trzeba sobie stawiać ambitne cele. Za tydzień losowanie uczestników. Mam nadzieję, że będę miał szczęście.

31 stycznia, piątek rano.

291 km
Ostatnie bieganie. Zrobię 303 kilometry. Taka liczba ładnie wygląda. Podniosłem poprzeczkę o ponad 30 procent i właśnie ją przeskakuję. Dobry jestem. Mocny. Już widzę te komentarze, gdy pochwalę się na Facebooku.

292 km
Tylko co teraz? Jutro już luty. Ile mam przebiec? Znowu 300? To byłby koszmar. I tak naprawdę bez sensu. Bez przerw na regenerację nie zrobię postępów. I jak będę dalej tyle biegał, stanę się jeszcze bardziej kościsty. Poza tym to zabiera za dużo czasu. Ale poniżej 200 miesięcznie już głupio schodzić. W zeszłym roku to był mój absolutny rekord, a teraz to jest plan minimum.

293 km
A jak mi się nie uda? Jak mi się znudzi albo złapię kontuzję? Czterdziestka stuknęła w zeszłym roku. Teraz jestem w życiowej formie, ale dołek w końcu przyjdzie. Kolana od dawna chrzęszczą i chroboczą. W końcu zacznę zwalniać, a poprzeczka zacznie się obniżać. Może nie za rok, nie za pięć, ale to nadejdzie. Co wtedy?

294 km
A teraz czeka mnie kolejne zadanie. Żeby się przygotować do Hardej Suki, będę musiał dzień w dzień na zmianę biegać, pływać albo jeździć na rowerze. I to solidnie. Przydadzą się też treningi siłowe. Już to jest wyzwaniem. A co będzie, jeśli nie dam rady Hardej Suce? Jak się poczuję i ocenię? Po co chcę to zrobić? Dlaczego ciągle się sprawdzam, mierzę i testuję? I ciągle wymagam od siebie więcej? Czemu nie potrafię zrezygnować z Endomondo? Żeby sobie wciąż udowadniać, że jestem mocny, wytrwały, szybki? Żeby się dobrze ocenić? Czy nie od tego zależy moje poczucie własnej wartości? Od pokonywania słabości, poprawiania wyników, ciągłego osiągania czegoś?

295 km
A może od ocen innych?

296 km
Właściwie co w tym dziwnego? Całe życie byłem oceniany i uczony, że trzeba się ciągle starać i poprawiać. Oceniano mnie w szkole. Najczęściej dobrze lub bardzo dobrze. Gdy było tylko dobrze, poprawiałem się, by było bardzo dobrze. Czasem bardzo dobrze to było za mało, więc mierzyłem jeszcze wyżej, by było celująco. Przez dwanaście lat podstawówki i liceum, a potem jeszcze siedem na pięcioletnich studiach (zeszło mi się) byłem bez przerwy sprawdzany, testowany, oceniany. Nauczyłem się, że trzeba starać się być jak najlepszym, poprawiać się, nawet jeśli nie ma to znaczenia. Trzeba się sprawdzać, porównywać z innymi i poddawać ocenom. I świetnie mi to teraz wychodzi. Robię to na każdym kroku. To mój nawyk.

297km

Skręcam w ścieżkę, którą nie biegłem od trzech lat. Po chwili przypominam sobie, że na tej trasie stoi wysoki szlaban. W tym lesie jest ich sporo. Przez wszystkie skaczę, poza tym jednym. Chciałem go kiedyś pokonać. Zawadziłem kolanem. Niewiele zabrakło, bym dalej nie pobiegł. Od tego czasu unikam tej drogi. Gdybym nią biegał, musiałbym skakać. Chwila nieuwagi i teraz muszę się zmierzyć z kolejnym wyzwaniem. Ale co tam. Dam radę. Lepszej formy nigdy nie miałem. I tę poprzeczkę przeskoczę.

298km

Biegnę z niepokojem. Spięty. Na szczęście szlaban jest zarośnięty. Obok leżące drzewo. Nie da się skakać. Co za ulga. Upiekło mi się. Tym razem test odwołany. A gdyby dało się skakać? Czy mógłbym odpuścić? Czy zdołałbym wsłuchać się w siebie i zrozumieć, że wcale nie chcę tej próby? Czy dałbym sobie prawo, by zrezygnować? Jak bym się wtedy poczuł? Chyba już wiem.

299km

Znów myślę, o Hardej Suce. Myślę, jaki będę z siebie dumny, gdy dam radę i dotrę do mety. Jakie uznanie będzie budzić mój wyczyn. Ile będę musiał poświęcić. I co w związku z tym czuję. Wreszcie wiem, jak ją pokonać. Zaczynam biec lekko.

300 km

301 km

302 km

303 km

Zostały ostatnie metry. Cel osiągnięty. 300 kilometrów zleciało, nie wiedzieć kiedy. Przepełnia mnie satysfakcja, że wykonałem zadanie. Ale czuję też zawód. Udało się jedno, ale kosztem czegoś innego. Miałem od stycznia biegać bez Endomondo. Lecz nie potrafię. Jednak osiągam coś jeszcze. Coś może nawet lepszego, niż ta 300-tka. Pokonuję Hardą, choć jeszcze nawet nie było losowania uczestników. Odpuszczam ją. I czuję się świetnie. Bo to dobry początek.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *