o-tym-ze-wiecznie-brakuje-mi-czasu

O tym, że wiecznie brakuje mi czasu, by być tym, kim chciałbym być.

Posted on Posted in Dzieci, Nie o bieganiu, Nie po górach

Uwielbiam czytać. Nie zawsze tak było i kiedyś zamiast męczyć się przy „Nad Niemnem” czy „Przedwiośniu” wolałem pograć na komputerze w jakąś niebywale rozwijającą intelekt strzelankę. W końcu jednak dojrzałem do tego, by czerpać z literatury prawdziwą przyjemność. By dać się wciągnąć w historię napisaną wprawdzie przez kogoś innego, ale współtworzoną przeze mnie, w ramach mojej wiedzy, moich wyobrażeń i możliwości intelektu. Przez to ostatnie nie każda powieść jest dla mnie, ale staram się tym nie przejmować i unikam twórczości pisarzy, których nie rozumiem. To eliminuje z listy moich zainteresowań pokaźną grupę twórców i dzieł, ale nie tutaj jest pies pogrzebany. Problem polega na tym, że od pewnego, dość już długiego czasu, w kwestii czytelnictwa prezentuję obraz typowego statystycznego Polaka, który czyta w ciągu roku zaledwie jedną książkę. Jest nawet gorzej. Za oknem pąki dawno wypuściły liście, bzy na dobre zakwitły, a ja nie zdołałem dobrnąć do końca powieści, po którą sięgnąłem rok wcześniej, kiedy na trawnikach zaczęły na dobre rozmarzać psie kupy. Nieco łagodzi tę kompromitację fakt, że docierając do połowy historii, minąłem pięćsetną stronę. Teraz już wiem, że nie ma sensu porywać się z motyką na Słońce i następnym razem, szukając kolejnej lektury, wezmę do ręki książkę, której grzbiet nie jest grubszy niż mój mały palec. Przynajmniej poprawię statystyki. A jeśli to na mnie trafi kiedyś ankieter z jednej z pracowni sondażowych z pytaniem dotyczącym czytelnictwa Polaków, dodam do mojej listy wszystkie “Basie”, “Klary”, „Pippi” i inne opowiadania dla dzieci, na dodatek przeczytane na dobranoc co najmniej kilkunastokrotnie i na pytanie, ile przeczytałem w tym roku książek, odpowiem z dumą – “kilkadziesiąt”. Nie zmienia to jednak faktu, że regularnie nie czytam. Choć bardzo lubię.

Regularnie nie chodzę też do teatru, ale teatr uwielbiam, choć pod warunkiem, że mówimy o sztuce dla niekoniecznie bardzo wyrobionego widza. Nie jestem na bieżąco z dobrą kinematografią, chociaż za kinem przepadam. Nie przeglądam tygodników opinii, ani gazet codziennych, mimo, że przez lata dzień wydania nowego numeru „Przekroju” był dla mnie dniem czytelniczego święta. Nie odwiedzam muzeów ani galerii, choć to właśnie na wystawie malarstwa pierwszy raz doświadczyłem cudownego wpływu sztuki na zrozpaczoną duszę. Nie bywam na koncertach, a to właśnie muzyka grana na żywo najmocniej mną porusza. To właśnie jestem ja. Człowiek, któremu wiecznie brakuje czasu, by być tym, kim chciałby być. To ja. Człowiek, o którym wypowiadają się z troską o przyszłość kultury mądrzy ludzie kultury. Na którego pomstują twórcy, artyści i krytycy. Człowiek, o którym myślą goście programów telewizyjnych, bolejący nad formą współczesnego mężczyzny. Dzięki temu czuję się wreszcie dostrzeżony i doceniony. I czasem tylko zastanawiam się , czy ktoś przypadkiem nie przecenia moich możliwości. Jako kulturalny człowiek powinienem brać udział w życiu kulturalnym, jako twórczy znać twórczość uznanych twórców, jako obywatel uczestniczyć w inicjatywach obywatelskich, jako światowy śledzić to, co dzieje się na świecie, jako Polak interesować się Polską. Jako nowoczesny mężczyzna po trzydziestce, a raczej przed czterdziestką powinienem dbać o formę, chodzić regularnie na siłownię, albo lepiej na crossfit, pływać, biegać, do tego odwiedzać kosmetyczkę, bo prawdziwy facet nie wstydzi się dbać również o urodę. Być na czasie z trendami w modzie, by starannie dobierać garderobę, nie zaliczać stylistycznych wpadek i wiedzieć o stylizacjach więcej, niż tylko to, że do ładnych skórzanych butów nie nosi się białych skarpet. Dobrze by też było, gdybym nauczył się wreszcie gotować, najlepiej na jednym z kursów kulinarnych, takich kompleksowych, wielodniowych, które z kuchennego gamonia uczynią mistrza kuchni włoskiej, francuskiej, fusion i Bóg wie, jakiej jeszcze. Nie mogę też zapominać, by być dobrym mężem i w czasach równouprawnienia dzielić z moją żoną domowe obowiązki. Równie ważne jest, bym nie zaniedbywał się w swojej ojcowskiej roli i spędzał z dziećmi jak najwięcej czasu, bo tego straconego nie da się później nadrobić. A ponieważ od dzisiejszego mężczyzny wciąż oczekuje się, by był współczesną wersją myśliwego wyprawiającego się na polowanie i przynosił do domu regularnie zwierzynę, z której będzie mięso na jedzenie i skóry na odzienie, nie mogę zapominać, by dobrze radzić sobie zawodowo. By w domu było mięso na jedzenie i skóry na odzienie. Przydałoby się też, żebym miał jakieś interesujące hobby, które uczyniłoby mnie ciekawszym człowiekiem. A gdy zbiera się we mnie chęć, by zaproponować tym wszystkim zatroskanym, mądrzejszym ode mnie ludziom, by pocałowali mnie w dupę, cieszę się w duchu, że przynajmniej nie jestem kobietą. Jak sobie pomyślę, ile świat oczekuje od kobiet, zaczynam żałować, że moja żona nie jest facetem. Ale to zaczyna być już zbytnio skomplikowane.

W każdym razie nie zazdroszczę kobietom. Jakiś czas temu miałem przyjemność obejrzeć wywiad w telewizji śniadaniowej z pewną atrakcyjną panią, byłą playmate, a obecnie prezes piłkarskiego klubu. Nie umiem wytłumaczyć, jak to się stało, że oglądałem o poranku telewizję, zamiast zarabiać pieniądze, pokonywać kolejne kilometry leśnych ścieżek, depilować włosy w nosie, chłonąć kolejne rozdziały nowej powieści Murakamiego, albo siekać cebulę do musu z kaczej wątróbki, ale stało się. Jak by tego nie przedstawiać, obejrzałem wywiad z wypiekami na twarzy. Była playmate i pani prezes piłkarskiego klubu urodziła piątkę dzieci i wygląda fantastycznie, więc prowadzący program z dziennikarską dociekliwością dopytywali, co trzeba zrobić, by wyglądać tak fantastycznie. I to zaledwie kilka tygodni po urodzeniu piątego dziecka. Okazało się to nad wyraz proste. Wystarczyło codziennie ćwiczyć z trenerem personalnym, uprawiać jogę, biegać, pływać, przestrzegać precyzyjnie ułożonej diety kosztującej parę stów dziennie, dzieci oddać na wychowanie wykwalifikowanej opiekunce, a sprawy zawodowe swoim menedżerom lub dyrektorom i gotowe. Można? Można.
Mimo że nie jestem kobietą i nie biorę przykładu z pięknych i bogatych pań prezesek, mam na koncie, mimo ciągłego braku czasu, pewne osobiste sukcesy w niektórych kwestiach, które wcześniej wymieniłem. Wciąż nie czytam, bo codzienna gonitwa za uciekającym czasem nie daje mi ku temu sposobności. Wieczór z książką nie wchodzi w grę, bo kończąc pracę o drugiej w nocy nie chcę zapalać lampki, by nie budzić żony i dzieci, które w międzyczasie przydreptały do naszego łóżka, zostawiając mi do dyspozycji dwudziestocentymetrowy skrawek materaca. Poza tym perfekcyjnie opanowałem umiejętność zasypiania przy książce po przeczytaniu pierwszego zdania, więc nawet przebrnięcie przez krótkie opowiadanie zajęłoby mi trzy lata. Słucham za to w czasie jazdy samochodem reportaży Jacka Hugo-Badera, Mariusza Szczygła, Filipa Springera, Marcina Mellera i wspaniałej Swietłany Aleksiejewicz, dzięki czemu czas spędzony w korku nie jest całkowicie zmarnowany. Robię to nawet w czasie porannego biegania po parku, jeśli akurat biegam rano po parku. Na początku liczyłem, że chłonąc kolejne minuty porządnej reporterskiej roboty, szczególnie w czasie wysiłku, gdy mózg jest lepiej dotleniony, nim się obejrzę, stanę się mimochodem Jackiem Hugo-Baderem, Mariuszem Szczygłem, Filipem Springerem, Marcinem Mellerem i wspaniałą Swietłaną Alieksiejewicz w jednej błyskotliwej osobie. Siadałem później do pisania z coraz bardziej blednącą nadzieją na lekkie i przenikliwe pióro, by szybko zrozumieć, że przede mną droga długa, kręta i wyboista. Ale przynajmniej moje czytelnictwo mozolnie dźwiga się z upadku.

W innych sferach mojego obcowania z kulturą nie jest już tak dobrze, ale mimo wszystko pewien postęp da się zauważyć.  Do teatru wybrałem się w ostatnim roku zaledwie raz, ale byłem, sztukę zrozumiałem, a aktorstwo doceniłem. Wprawdzie była to dość lekka komedia obyczajowa, ale też się liczy. A może nawet nie była to lekka komedia, ale tyle zdołałem z tej sztuki pojąć. Zaległości w klasyce kinematografii zdarza mi się nadrabiać nocą, kiedy w mojej pracy towarzyszy mi włączony telewizor. Jego głównym zadaniem jest  wprawdzie emisja niebieskiego światła, które utrudnia zasypianie, ale przy okazji udało mi się w ten sposób obejrzeć wreszcie „Absolwenta” z Dustinem Hoffmanem i „Deliverance” z Reynoldsem i Voightem. Niestety również którąś część „Transformers”, ale to każdemu może się zdarzyć. Gdy wpadnie mi w ręce piątkowa gazeta albo któryś z tygodników opinii, w pierwszej kolejności chwytam się za strony z kulturą, dzięki czemu można powiedzieć, że wiem co się aktualnie dobrego w kinie, teatrze dzieje. Dlatego zapytany, na co warto się wybrać, potrafię zawsze rzeczowo odpowiedzieć, choć niestety słowami krytyków. W ten sposób poleciłem kiedyś przyjacielowi “Idiotów” Von Triera na pierwszą randkę z dziewczyną, powtarzając za krytykiem, że zużyje kilka paczek chusteczek, płacząc ze wzruszenia, zwichnie szczękę ze śmiechu i przez następny tydzień będzie myśleć o przesłaniu. Dziewczyna wyszła z kina w trakcie seansu, a przyjaciel oznajmił mi kulturalnie, że gdyby nie nasza braterska przyjaźń, strzeliłby mnie w ryj za polecenie filmu, którego sam nie widziałem, a który chwilami można było pomylić z pornosem. Nie chodziło o to, że kumpel miał coś przeciw temu gatunkowi kina, bo moim zdaniem faceci dzielą się na tych, którzy nie mają nic przeciw pornosom i tych, którzy się do tego nie przyznają, ale u kobiet taki prosty podział nie występuje. Kilka lat później wreszcie to dzieło obejrzałem i choć obraz nie wydał mi się na tyle zły, by wychodzić z kina, to nie umiem pojąć, jak można mu było dać sześć gwiazdek w Wyborczej. Zwolennicy coraz bardziej popularnego ostatnimi czasy, zwłaszcza po wyborach, tak zwanego dziennikarstwa niepokornego, pospieszą zapewne wytłumaczyć, że Wyborcza to gazeta sterowana przez zachodnie siły, stawiające sobie za cel osłabienie polskiej rodziny i tradycji i stąd te gwiazdki. Ja jednak wolę tłumaczyć to sobie wyjątkową wrażliwością krytyków filmowych, którzy zdolni są dostrzec arcydzieło tam, gdzie zwykły widz dostrzec go nie potrafi.

Całkiem nieźle prezentuję się nie tylko jako kinoman, który nie chodzi do kina, ale również jako miłośnik muzyki klasycznej, bo w zeszłym roku trzykrotnie gościłem w marmurowych wnętrzach Opery Narodowej. Że były to niedzielne poranki dla dzieci, jest tu sprawą drugorzędną. Za każdym razem wychodziłem zachwycony, co kazało mi podejrzewać, że być może jestem melomanem. A to nie koniec moich sukcesów. Mimo, że wciąż nie jestem ikoną stylu i nigdy nią zapewne się nie stanę, przynajmniej nie przypominam siebie sprzed lat, kiedy wpuszczenie luźnej bluzy w nieco za szerokie spodnie, ściśnięte skórzanym paskiem z olbrzymią klamrą wydawało mi się przejawem elegancji. Dzięki temu stylistycznemu zabiegowi nic nie wystawało spod brązowej „ramoneski”, co w zestawieniu z moimi ulubionymi kowbojkami tworzyło spójny obraz kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia o modzie. A im dalej sięgam pamięcią, tym gorzej. Kowbojki do kurtki bejsbolówki. Długi szalik powciskany między barki a przydużą kurtkę dla uzyskania efektu szerokich ramion, bo same moje barki efektu szerokich barków nigdy nie miały szans osiągnąć. Bazarowe adidasy, flanelowa koszula w kratę a całość przykryta dwa rozmiary za dużą marynarką niczym plandeką. Z tego wszystkiego najlepiej prezentowałem się w pewnym krótkim okresie w liceum, kiedy nie wyobrażałem sobie wyjścia z domu w ubraniu, które nie sygnalizowałoby jednoznacznie, że słucham tylko ciężkiego, rockowo-metalowego łojenia. Przynajmniej czarne pasowało do czarnego. Inna sprawa, że strój był stały, niezależny od pogody i nawet upalne lato nie mogło być okazją do założenia czegoś innego niż martensy, ciemne dżinsy i ciemna koszula. Taki zestaw obowiązkowy, uniwersalny dress-code na każdą okazję, na który moi rodzice patrzyli z politowaniem, ale jednocześnie z pewną dozą zrozumienia, co kiedyś w piękny sposób udowodnili. Nie posiadałem się ze szczęścia, gdy któregoś pięknego, wiosennego dnia (albo pochmurnego, jesiennego – skąd mam niby pamiętać) podarowali mi najwspanialszy zestaw wyrobów polskiego przemysłu skórzanego z okresu rozkwitu gierkowskiej Polski Ludowej w latach siedemdziesiątych – dwa czarne płaszcze z szerokimi klapami i długimi połami, jeden męski i jeden damski. Damski sprezentowałem przyjaciółce, w której byłem nieszczęśliwie zakochany, dzięki czemu wyglądaliśmy razem jak para. Niestety zdaniem wielu jak para koleżanek, ponieważ miałem długie i bujne włosy oraz typową posturę typowego chudego nastolatka. Z daleka odróżniałem się od przyjaciółki i mojej niedoszłej dziewczyny jedynie wzrostem i ilością pryszczy, których na jej twarzy było zdecydowanie mniej. Dziś jest z moim wyglądem nieporównanie lepiej i gdy oglądam swoje stare zdjęcia, Bogu dziękuję, że nie zdawałem sobie kiedyś sprawy, jak potrafiłem się prezentować. Żonka natomiast, oglądając moje stare zdjęcia, Bogu dziękuje, że nie spotkała mnie wcześniej, bo nasza znajomość mogłaby się nie rozwinąć tak, jak stało się to kilka ładnych lat później. Zaryzykuję stwierdzenie, że obecnie zdarza mi się przy odrobinie szczęścia prezentować całkiem przyzwoicie. Pewien sukces więc jest, choć chodzenie po sklepach w poszukiwaniu ciuchów doprowadza mnie do szewskiej pasji. Bo jak tu się nie wkurzać, gdy siódme przymierzane spodnie okazują się za ciasne, choć te z szóstej przymiarki miały ten sam rozmiar, a były tak szerokie w pasie, że mógłbym wypchać je sobie workiem ziemniaków. Zresztą nie mam czasu na łażenie po galeriach handlowych.

Niezmiennie nie mam też czasu na sport. Ale biegam, chociaż nie tyle, ile bym chciał. Dużo zawdzięczam zamiłowaniu do nocnych przebieżek po lesie, co zwłaszcza zimą, gdy noc zapada w środku mojego dnia, daje mi więcej sposobności do treningów. Nie przepadam za bieganiem po chodnikach i ulicach, a nie zawsze udaje mi się wyszarpać godzinę na poranne bieganie po odwiezieniu moich wesołych córek do przedszkola, więc gdyby nie nocne hasanie po leśnych ścieżkach, buty do biegania zakładałbym jeszcze rzadziej niż zakładam. I jeszcze bardziej nie osiągałbym wyników, które po tylu latach trenowania osiągać by wypadało. Pozostaje mi jednak pewna satysfakcja, że polubiłem tę jakże modną dziś sportową aktywność jeszcze w liceum, na długo zanim modna się stała. I do dziś pamiętam zdziwienie większości osób, które dowiadywały się, że biegam. „Jak to biegasz? Tak po prostu? Ale dokąd?” To nie lepiej rowerem? I specjalne buty masz?”. Niekiedy był to nawet pewnego rodzaju podziw, co stanowiło dla mnie pocieszenie i przeciwwagę wobec faktu, że wszelkie gry zespołowe, na czele z siatkówką i koszykówką, były dla mnie niewyobrażalną męką. Dla tych, w których drużynie grałem również.

Nie mam też czasu na inny sport, niż bieganie, choć ostatnio regularnie raz w tygodniu pływam. Tę regularność zawdzięczam mojej starszej córce, którą zaprowadzam na zajęcia, a sam dwa tory dalej mierzę się z oporem wody. Gdy dodam do tego nocne ćwiczenia, brzuszki o drugiej w nocy przez snem, czy skakanie na skakance, gdy Żonka bierze kąpiel (a sąsiadka z mieszkania piętro niżej klnie, na czym świat stoi), okazuje się, że ze sportem nie jest u mnie tak źle, jak mój brak czasu by na to wskazywał. Wystarczy, że wciskam się ze swoim zestawem sportowych zamiłowań i ambicji we wszelkie, najmniejsze nawet czasowe dziury i udaje mi się stworzyć jako taki, pocerowany i prowizoryczny, ale przynajmniej realizowany plan działań. Równie mozolnie pozostaje mi upychać, gdzie się da chwile na pisanie o bieganiu i nie tylko. W efekcie większość zdań klecę na telefonie siedząc za kierownicą zanurzonego w warszawskim korku samochodu i zerkając na zmianę na drogę i przymały do takich zadań ekran. Albo, co muszę z zakłopotaniem przyznać, siedząc na kiblu. Taka twórczość komunikacyjno – toaletowa, przenikliwe, inteligentne i zabawne teksty zza kółka i znad sedesu. I właśnie tym tłumaczę sobie, że są one przenikliwe, inteligentne i zabawne z zamierzeniu, nie tak znowu przenikliwe, inteligentne i zabawne w trakcie powstawania i rozczarowująco mało przenikliwe, inteligentne i zabawne, gdy je kończę. Z jakiegoś jednak powodu wciąż mam nieodpartą chęć próbować pisać kolejne i wkurzam się, że ciągle brakuje mi na to czasu.

Pora kończyć ten tekst, bo nie mogę siedzieć w toalecie w nieskończoność. Na dodatek kończy się papier, a dziewczyny co chwila zaglądają, wołając “Kieeeedy wreszcie wyjdziesz, taaato!?”. Pora pobyć ojcem. Szczęśliwym ojcem. Najszczęśliwszym na świecie. Potrafię sobie wyobrazić, że nie biegam, nie ćwiczę, nie piszę sobie, nie czytam książek, nie słucham muzyki, nie chodzę do kina, nie chodzę do teatru, nie robię nic ciekawego, nie marzę o byciu kimś więcej niż jestem. Ale, że nie jestem ojcem? Tego wyobrazić sobie nie umiem.

5 thoughts on “O tym, że wiecznie brakuje mi czasu, by być tym, kim chciałbym być.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *